Przysięgam Wam, że płynie czas.

Przeglądałam ostatnio zdjęcia. Wiele zdjęć. I zdałam sobie sprawę, jak wiele w ciągu tego roku się dla mnie zmieniło. Na przykład znalazłam zdjęcia tej żółtej sukienki, zrobione właśnie około rok temu. Sukienkę tą zaczęłam szyć, chyba ponad dwa lata temu i dopiero wtedy ją skończyłam (miałam ją założyć na Sylwestra 2014/15!). To jest pierwsza rzecz, którą tak naprawdę uszyłam od początku do końca. Było to dla mnie wówczas niebywałe osiągnięcie.

Od tamtej pory, dzięki swojej wytrwałości udało mi się rozpocząć studia z konstrukcji ubioru oraz samodzielnie skonstruować i uszyć kilka lub kilkanaście sztuk ubioru, w tym męskie spodnie i koszulę. Wiem, że dla niektórych to niewiele, ale dla mnie to dopiero początek. Wciąż uczę się nowych rzeczy, cieszę się, że zdecydowałam się zaryzykować i zacząć wszystko od początku. Na zmiany nigdy nie jest za późno. Jak ktoś kiedyś pięknie powiedział: “za rok od teraz, będziesz żałował, że nie zacząłeś dzisiaj” (“a year from now on, you’ll wish you had started today”). Ja zaczęłam. Niczego nie żałuję.

Advertisements

Twój Styl

IMG_0885
Moja “Mapa Stylu”

Ostatnio, korzystając z nadmiaru wolnego czasu, będącego następstwem chwilowego zawieszenia w próżni, postanowiłam nieco się dokształcić. Latem wiele szkół i uczelni organizuje kursy wakacyjne. A że i tak zmuszona byłam jeździć do Krakowa na weekendowe zjazdy, postanowiłam skorzystać z oferty mojej własnej uczelni. Oprócz kursu kroju i szycia, który uważam za absolutny „must” w moim przypadku (jestem po LO, a poszłam do szkoły, w której absolutnie wszyscy, potrafią szyć), wzięłam udział w kursie stylizacji prowadzonym przez Kasię Zajączkowską-Fajto. Zainteresowałam się kursem w zasadzie z ciekawości i bez specjalnych oczekiwań. Pięć dni to zdecydowanie za mało, żeby zgłębić temat, nie mniej jednak muszę przyznać, że dowiedziałam się wielu interesujących rzeczy.

  1. Mapa stylu – to kolaż, który mieliśmy stworzyć pierwszego dnia. Zadanie miało być zupełnie intuicyjne – ze sterty zgromadzonych magazynów mieliśmy wybrać kilka obrazków, nie tylko modowych, które nam się po prostu podobają. Nie chodziło tu o zobrazowanie tego, co sami nosimy na co dzień, ale odszukanie naszego prawdziwego stylu, który tkwi gdzieś w głębi, w każdym z nas. Dopiero później, po wzajemnej analizie otrzymanych obrazów, mogliśmy stwierdzić, w jakim stopniu zgadzają się one z tym, jak sami siebie postrzegamy. Polecam takie ćwiczenie nie tylko każdemu, kto poszukuje własnego stylu, ale i tym, którym wydaje się, że go znają. Każdemu z nas zdarzają się, od czasu do czasu modowe, zakupowe faux pas. Jasne określenie mapy stylu zdecydowanie pozwoli nam takich wpadek uniknąć. Na moją mapę stylu składały się biel i czerń oraz wyraziste, intensywne kolory i proste formy. Ważna jest  faktura materiału (grubo tkana wełna, futra, koronki, duże cekiny) oraz nietuzinkowe dodatki, którymi sama uwielbiam urozmaicać proste stylizacje.
  2. Sylwetka – to zadanie okazało się dla mnie dużym zaskoczeniem. Dowiedziałam się, ku mojemu zdziwieniu, że najszerszym elementem mojej sylwetki, a jednocześnie tym, na którego unieszkodliwieniu (tj. uczynieniu go mniej wyrazistym) muszę pracować, nie są wcale moje biodra i pupa, ale moje ramiona. Jak większość kobiet, żyłam w przekonaniu, że to właśnie ta część ciała należy do moich mankamentów i powinnam ją jak najmniej eksponować. Na przykładzie koleżanek z kursu, wiem, że nie byłam osamotniona w swojej ocenie. Otóż brzuch i biodra, to w zasadzie jedyne, co widzimy, gdy spoglądamy na siebie, ramiona, nawet w lustrze, jakimś cudem umykają naszej uwadze. Ja do dziś nie mogę wyjść z podziwu jakim cudem nigdy wcześniej tego nie zauważyłam. Teraz już rozumiem, dlaczego intuicyjnie, bluzki z dekoltem w łódkę nigdy nie były w moim guście.
  3. Kolor – i tu kolejne zaskoczenie. Zawsze uważałam, że ciemna, złotawo-zielonkawa (tak, tak-już renesansowi włoscy malarze dodawali do farby zielonego pigmentu malując kolor skóry, więc coś w tym musi być) karnacja i brązowe włosy, stawiają mnie po stronie barw ciepłych. I tu znowu nic bardziej mylnego. Okazało się, że jestem typową “zimą” i że dużo bardziej służą mi wyraziste barwy, ale o chłodnych tonacjach oraz czerń i biel, a moja skóra wygląda korzystniej zestawiona ze srebrem, niż ze złotem. Wprawdzie biżuterię ostatnio noszę tylko z żółtego złota, jednak po mojej garderobie wyraźnie widać, że lubię barwy monochromatyczne oraz ubrania w mocnych, jednolitych kolorach (brudne musztardy, zimne róże, butelkowe zielenie), zaś wzorzystych ubrań jest w mojej szafie bardzo niewiele

Podsumowując, nauczyłam się bardzo wiele. Dowiedziałam się jakie fasony i kolory pasują do mojej sylwetki i typu urody, ale przede wszystkim zrozumiałam dogłębniej, jaki jest mój własny styl i oczekiwania wobec mody. Zamierzam dążyć konsekwentnie do uporządkowania mojej garderoby i ujednolicenia jej. Już od dawna wkurza mnie, że pomimo pełnej szafy i tak często nie mam się w co ubrać.Sformułowanie “Przerost formy nad treścią” zdaje się być kwintesencją problemu. Mam nadzieję, że uda mi się go w najbliższym czasie rozwikłać…

Ikony stylu

Dziś rano natrafiłam na taki oto artykuł na stronce Fashion Post:

http://fashionpost.pl/5-ikon-stylu-ktore-zawsze-ubieraja-sie-tak-samo/

Dość często ostatnio zastanawiam się nad wątpliwymi kompetencjami autorów piszących o modzie, ale ten przeszedł moje najśmielsze oczekiwania (albo najgorsze koszmary). Jak w ogóle można takie kompletne bzdury publikować?

Bo od kiedy Mark Zuckerberg czy Steve Jobs to ikony stylu?! Ikony biznesu, owszem, ale przez to właśnie, jak się ubierają, ikonami stylu nigdy nie będą! Na świecie jest o wiele więcej znacznie barwniejszych postaci godnych uwagi w tej kwestii. I do tego jeszcze Michael Kors, tak samo amerykańsko-nijaki, jak jego własne projekty… Jego kiczowate torebki spotykamy na każdym kroku, ale sam projektant nie jest jakąś mega gwiazdą, a na pewno nie na tyle, żeby nazywać go ikoną.. Już bardziej przytoczyłabym Alexandra Wanga czy Toma Forda. Ale jak widać autor artykułu, pan Mateusz Farenholc, nie raczył sięgnąć poza swój horyzont, czyli Wikipedię, która jak sam chwali się, jest głównym źródłem jego inspiracji i wiedzy o modzie. Bardzo, bardzo płytki tekst…

Dlatego postanowiłam stworzyć swoje własne:

“Ikony stylu, które zawsze ubierają się tak samo”

Gabrielle Chanel – jeśli miałabym wymienić jedno ubranie, które jest absolutną ikoną stylu, bez namysłu wybrałabym kostium Chanel. Można kupić jeden i nosić całe życie wiedząc, że nigdy nie wyjdzie z mody. Chanel była pionierką, która zrewolucjonizowała sposób w jaki ubierają się kobiety raz na zawsze. To dzięki niej nie odrzuciłyśmy gorsety i dziś nosimy swobodne sukienki, spodnie, marynarki i nosimy krótkie włosy. Sama przez lata pozostała wierna swojemu stylowi, zawsze ubierała się tylko w Chanel, a nienaganne kostiumy i sznury sztucznych pereł, należały do jej ulubionych. Od lat po dziś dzień jest symbolem klasy i dobrego smaku.

1960
Gabrielle Chanel w kostiumie Chanel

Karl Lagerfeld – to rzeczywiście absolutna i ponadczasowa ikona stylu. Karl kocha czerń i uważa, że nigdy nie można mieć jej za wiele. Karl zawsze prezentuje się efektownie w perfekcyjnie skrojonym, czarnym garniturze, białej koszuli i ciemnych okularach. Jak sam przyznał, to właśnie dla tych pięknych garniturów, których autorem jest Hedi Slimane, zdecydował się przejść na dietę. Ale Karl jest ikoną stylu, nie tylko ze względu na swój świetny gust, ale przede wszystkim za swój wielki talent i geniusz. Rok temu projektant obchodził 60-leci swojej pracy twórczej. Wciąż projektuje pod egidą kilku marek, w tym Fendi, Chanel i autorskiej Karl Lagerfeld i na emeryturę się nie wybiera, bo jak sam mówi, umarł by, a to byłby koniec wszystkiego.

25
Karl Lagerfeld 

Carine Roitfeld – była szefowa francuskiego Vogue i obecna dyrektor Harper’s Bazaar. Stylistka, modelka i pisarka. W zasadzie jej cała rodzina (córka, wnuczka oraz syn i jego wybranka –  Giovanna Battaglia – kolejna ikona), jest wyjątkowo fascynująca z modowego punktu widzenia. Nie ma chyba drugiej takiej familii, no może poza Beckhamami… Carine, pomimo wielu lat spędzonych w świecie mody, i nieograniczonych możliwości, zdaje się bazować na klasycznym, sprawdzonym zestawie – ołówkowa spódnica, zazwyczaj w kolano lub krótsza, koszula zalotnie rozpięta, gołe nogi lub czarne (tylko!) rajstopy, włosy do ramion i piękna opalenizna. W swoim stylu jest bardzo “Parisienne”, nigdy nie jest przebrana i nie przesadza z makijażem czy dodatkami. Po prostu “Chic”!

Carine-Roitfeld-London-Fashion-week-SS15-GETTY
Carine Roitfeld

Grace Coddington – uwielbiam ją! Kiedyś modelka, dziś dyrektor kreatywna Vogue US. W odróżnieniu od Anny Wintour, z którą współpracuje, Grace zawsze jest jakby w cieniu. Jej ubrania są przeważnie czarne, o prostych krojach, ale zawsze najdoskonalszej proweniencji. Tylko burza rudych włosów wyróżnia ją z tłumu. Jest pomysłodawczynią licznych, niezapomnianych edytoriali i sesji zdjęciowych. Wprowadziła element artyzmu i to dzięki niej narodziła się tendencja, by fotografia modowa była czymś więcej niż tylko zdjęcia ładnych ubrań.

Grace-Coddington-007
Grace Coddington w czerni

Caroline de Maigret – na końcu lecz nie ostatnia, kolejna niemiłosiernie elegancka Francuzka. Po tym z jaką nonszalancją mówi i porusza się, można wywnioskować, że w jej żyłach płynie błękitna krew. Jej rodzina wywodzi się z francuskiej burżuazji, a sama Caroline jest wnuczką polskiego Księcia Michała Poniatowskiego. Modelka, producentka muzyczna, pisarka, ikona stylu i muza – to tylko kilka z jej licznych przymiotów. Jej ulubiony uniform stanowią proste włosy, ledwie zauważalny makijaż, jeansy lub ciemne spodnie, prosty t-shirt lub koszula i skórzana ramoneska albo luźny żakiet.b Jej naturalność stanowi o jej pięknie. Jak na arystokratkę przystało, bywa też ekscentryczna  – jak sama przyznaje jeździ skuterem po bagietki do oddalonej o kilka metrów piekarni. Więcej ciekawych anegdot na jej temat znajdziecie w książce “How to be Parisian wherever you are”, której jest współautorką.

tumblr_n6o7heyJXn1txw5szo1_1280
Caroline de Maigret

Kto rano wstaje…

W małym miasteczku, we wschodniej Polsce, odkryłam zakupowy Raj! Jak we wszystkich tego typu miasteczkach, dominują trzy typy biznesów – banki, apteki i lumpeksy. I te lumpeksy właśnie – są rewelacyjne! Co więcej, kilka z nich oferuje raz w tygodniu promocję: „Wszystko za 1 zł”. Tak, za 1 zł! Sama nie mogłam w to uwierzyć… Nigdy nie miałam nic przeciwko ubraniom z drugiej ręki, w zasadzie przez całe dzieciństwo byłam na nie skazana. Jakieś 10-15 lat temu jedynym miejscem, gdzie można był znaleźć porządne i modne ciuchy, były własnie lumpeksy. Szczególnie, jeśli komuś się nie przelewało, a chciał wyglądać dobrze. Wiele z tych ubrań, upolowanych wiele lat temu, mam i noszę do dzisiaj.

Ostatnio na przykład za całe 8 zł kupiłam trzy jedwabne bluzki, haftowany szlafrok, dwie hinduskie tuniki, szal i jedwabną sukienkę Reiss. Ubrania fantastycznej jakości, które normalnie kosztowałyby fortunę. Zdjęcia niektórych z tych zdobyczy  widoczne są poniżej. Innym razem kupiłam dość zdezelowaną bluzkę, całą wyszywaną cekinami. Mała paczuszka cekinów kosztuje 4 zł, a z bluzki wyprułam cały worek – za 1 zł.

Poza tym, opłaca się być cierpliwym. Mam szczęście, ze mój gust różni się od gustu przeciętnej matki polki. Ostatnio wypatrzyłam dwie futrzane czapy, 10 zł za sztukę. Po dwóch dniach kupiłam obie po 1 zł, no bok kto normalny kupuje futrzane czapki latem?! (ja, bo planuje skonstruować domową wersję mokasynów Gucci, stąd potrzeba futra właśnie). Fakt, i tak nie mogłam spa,c, więc przyszłam stosunkowo rano. Tłum był nieziemski, ale jak widać miejscowe „fashionistki” wiedzą, jak kupować i nie zbankrutować.

I nie chodzi tu o kupowanie, dla samej kwestii tego, że jest tanio. Chodzi bardziej o samo polowanie, dreszcz emocji. Sama kupuję sporo ubrań, ale rzadko czegokolwiek się pozbywam. Staram się inwestować w jakość i wybierać naturalne tkaniny – jedwab, bawełnę, wełnę, kaszmir, które posłużą mi na długo. Jedwab jest szczególnie fantastyczny latem i w podróży. Zajmuje bardzo mało miejsca w walizce i schnie w oka mgnieniu.

Jeśli chodzi o pranie, to piorę sama w zasadzie wszystko, może jedynie poza bardzo drogimi płaszczami i żakietami, bo te potrafią się wygnieść lub skurczyć. Nawet te z zakazem bezwzględnego prania (tak, mam kilka takich przypadków), znoszą pranie ręczne całkiem nieźle.

W Szkocji nie ma lumpeksów, są za to „charity shops”, z których dochody przekazywane są na cele charytatywne. Te w Edynburgu są fantastyczne, Szkocja to bogaty kraj i często można upolować prawdziwe cuda (np. płaszcz Chloe za 7 funtów czy szalik Burberry za 5 (pewnie kosztowałby więcej, ale nie miał metki, a mój wrodzony instynkt się nie mylił). Poza tym zawsze mamy wymówkę, ze motywacją do zakupów nie jest nasza próżność, ale dobroczynność 😉

Kolejnym, olbrzymim atutem takiego kupowania jest ekologia. W dzisiejszych czasach ubrania są coraz tańsze, a my kupujemy ich  coraz więcej, ale też coraz więcej tez wyrzucamy. Ubrania zdecydowanie straciły na jakości i stały się prawie jednorazowe. Cierpi na tym nie tylko nasza planeta, ale tez ludzie, którzy szyją te wszystkie ubrania za często nieludzkie stawki. Zamiast kupować byle jakie jakościowo ubrania z i tak strasznie drogich “sieciówek”, wybierajmy ubrania second hand. A jeśli już kupujemy coś nowego, dbajmy o jakość tkanin i ich wykończenie. Zastanówmy się, czy za rok, dwa czy pięć, to ubranie będzie nadal aktualne. Albo czy jest aż tak rewelacyjne, że musimy je mieć.

 

 

Ach, ten dekolt…

FullSizeRender

Nie jestem fanką ani robienia selfies, ani tym bardzie selfies w negliżu. Ale dla tego zdjęcia robię absolutny wyjątek. Ten kostium z Zary jest po prostu fenomenalny. I choć nie kupiłam go, bo nie leżał idealnie (jest chyba dla dziewczyn o pełniejszej figurze i trochę wyższych), to koniecznie muszę spróbować coś takiego uszyć. Tytuł “Miss Plaży” murowany. Wszyscy faceci będą się za nim oglądać. Po prostu pięknieje się w czymś takim. To trochę tak, jak kiedyś kupiłam ciut przyduże sandałki Jimmy Choo. Gdy je założyłam, moje nogi magicznie wysmukliły się i wydłużyły o połowę (mam 160 cm wzrostu, więc nie mam z czym szaleć). Wszystko bym dała za takie nogi! A to przecież były moje własne! Więc wydałam małą fortunę na buty. Mieszkają w pudełku i czekają na swój dzień. Ale to tylko najlepszy dowód, że świetne buty i dobrze dobrana bielizna, może zdziałać cuda.

Ja robię zakupy w myśl zasady, że im dłużej debatuję, czy chcę coś mieć, tym gorszy jest to znak. Jeśli nie mam wątpliwości – i muszę to mieć – wtedy kupuję od razu. Ale jeśli zaczynam się zastanawiać, to znaczy, że mam jakieś “ale” i zawsze będę je mieć. To świetna metoda.

Drugim pytaniem, jakie sobie stawiam, to “co powiedziałaby Caroline”. Caroline to moja wspaniała przyjaciółka, jest trochę jak współczesna Mlle Chanel, obdarzona niezwykłym gustem i wyczuciem smaku. To ona namówiła mnie na kupno jedwabnej, morelowej sukienki, właśnie od Chanel, którą uwielbiam do dzisiaj. Ale i odwiodła mnie od kupna wielu rzeczy, które atrakcyjne są tylko na chwilę, ale z czasem stracą na aktualności.

Zawszę staram się też zrobić w myślach scan mojej garderoby i zastanowić się, jakie kombinacje jestem w stanie zaaranżować z użyciem danego stroju. To też zawsze pomaga. Więc w myśl trendu (bardzo słusznego z resztą) na Slow Fashion, inwestujmy w dobre rzeczy, które świetnie na nas leżą i odpuśćmy sobie te byle jakie. Czego sobie i Wam życzę.

Podróże w czasie i przestrzeni

Prostownica czy sukienka? Ksiażka wypada czy zostaje, bo bagaż już się nie dopina… Odwieczne dylematy podróżującej kobiety. Czy w ogóle da się stylowo podróżować i nie zwariować? Jak przetrwać długie godziny lotu? To nie argument, że wielu biznesmanów też często podróżuje. Oni raczej rzadko korzystają z tanich linii lotniczych i nie muszą martwić się limitem bagażu. Czy w dzisiejszych czasach, kiedy zamiast pięknego kuferka z kosmetykami od Louis Vuitton, zmuszeni jesteśmy używać plastikowej torebki, można jeszcze podróżować z klasą? Gdzie podziały się czasy gdy Wallis Simpson, podróżując po Europie na początku XX wieku, miała ponoć 16 kufrów z ubraniami i wynajęty osobny wagon tylko na swoją gardrobę? Myślę o niej za każdym razem, gdy próbuję upakować walizkę do pojemnika na lotnisku, modlac się jednocześnie, żeby się zmieściła. Z racji mojej obecnej sytuacji, w pociągach i samolotach spędzam ostatnio bardzo dużo czasu. Inne formy komunikacji, takie jak samochód (30-letnie BMW, bardzo nieekonomiczne) oraz wszelkiego rodzaju mini busy (zgroza!) zdeklasowałam od razu. Do pociągu wsiadłam pierwszy raz od wielu, wielu lat i byłam bardzo zaskoczona… że nic sie nie zmieniło. Komfort podróży i uprzejmość większości konduktorów zdecydowanie pochodzi z poprzedniego ustroju.

Poniżej postanowiłam zamieścić kilka moich spostrzeżeń o tym, jak podróżować łatwiej  i jednocześnie zachować swój styl.

  1. Obcasy są wrogiem w podróży – Nigdy ich nie noszę. Już sobie wyobrażam, jak obcas utyka mi w schodkach pociągu, a ja lecę prosto na twarz… Pokusiłam się o to raz, byłam młoda i głupia i przyznaję, że musiałam wygladać dość żałośnie. Obijanie się z walizami po lotnisku, potykając sie jednocześnie o własne nogi, jest zupełnie niepraktyczne. Ale obserwuję często na lotnisku dziewczyny (głównie w lotach do Polski, nie odwrotnie) wyciągające z podręcznego obcasy i zmieniające buty zaraz po przylocie, zanim jeszcze ujrzy je rodzina. Może myślą, że to jakiś symbol prosperity i tym dodają sobie klasy. No same obcasy nie pomogą… Ale nie o tym. Odnoszę wrażenie, że my Polacy ogólnie lubimy sie pokazywać. Wychodzi z nas sarmatyzm i małomiasteczkowość, której wprost nie znoszę. Chcemy być tacy strasznie “hop do przodu” europejscy, a jednocześnie nie skrywamy niechęci dla wszystkiego, co jest choćby troszeczkę inne.
  2. Nie dla toreb i plecaków – Walizka na kółkach jest lepsza niż torba czy plecak, bo bez względu na jej wagę, można przy odrobinie wprawy udawać, że zbyt wiele nie waży. Plecaków generalnie, pomimo obecnie panującej mody, nadal nienawidzę. Uważam, że są kompletnie nie eleganckie. Ale w podróży polecam składane torby Longchamp Le Pliage, idealne na jednodniowe  wypady (i towarzyszące im nieprzewidziane zakupy). Wtedy taka rozkładana torba jest jak znalazł. Swoją kupiłam na londyńskim lotnisku właśnie z winy zakupów i od tamtej pory jest nieodłączną towarzyszką większości moich podróży.
  3. Ubranie –  W tej kwestii zawsze jest dylemat. Ma być modnie i wygodnie. Dresy zdecydowanie odpadają. Lubię płaszcze, bo można się w nie owinąć szczelnie w razie potrzeby. Przydaje się bez względu na to gdzie, i o jakiej porze roku wybieramy się w drogę. Ja zawsze wybieram miękkie materiały, (posłużą za okrycie w trakcie długiego lotu i osłonę przed chrapiącym towarzyszem albo wyjącym dzieckiem siedzącym obok) i koniecznie z dużymi kieszeniami (gdy nasz bagaż podręczny jest przeładowanuy, zawsze można coś upchać po kieszeniach, jak w filmie “Zakazane piosenki” (scena w pociągu).
  4. Mała torebka – na dokumenty, bilety, paszport, portfel i wszystkie najpotrzebniejsze drobiazgi. Najlepiej wielkości sporego portfela. Najlepiej Chanel, o ile budżet pozwala.
  5. Szal – Musi być duży, najlepiej bawełniany lub kaszmirowy (przysięgam na Hermes), bo temperatury na pokładzie samolotów zawsze są nieprzewidywalne. Jest albo za zimno, albo za gorąco, ale nigdy w sam raz. Poza tym szal przyda się na wieczorne spacery po plaży już po zachodzie słońca. Dla wielbicielek szalików Hermes wyprodukował specjalne karty: Cartes a Nouer, które pokazują 21 sposobów na zawiązanie szalika/chusty. Mi najbardziej przypadł do gustu pomysł na bluzkę, wygląda rewelacyjnie!FullSizeRender_2

 

Wiosna – ach, to Ty!

IMG_9988

Przynajmniej tak przez chwilę mi się wydawało. Nawet pokusiłam się o przemalowanie balkonu (żegnaj obrzydliwa imitacjo cegły) i kupno nowego fotela. Jednakże wiosna spłatała nam w tym roku figla i widząc, jak ten świat schodzi na psy, postanowiła z naszej pięknej ojczyzny nawiać. W zasadzie chyba solidarnie opuściła wszystkie kraje europejskie jednocześnie, od Uralu po Tamizę. Mam jednak nadzieję, że wczoraj poganie i druidzi na Calton Hill, w ramach święta Beltaine (bo przecież May Pole, to nic innego jak polski maik czy gaik) skutecznie odstraszyli zimę, i że przez najbliższe kilka miesięcy będziemy żyć w krainie wiecznego słońca. Chyba sama od przyszłego roku zacznę rozpalać na tę okoliczność ognisko, bo na ocieplenie klimatu jakoś się nie zanosi…