Twój Styl

IMG_0885
Moja “Mapa Stylu”

Ostatnio, korzystając z nadmiaru wolnego czasu, będącego następstwem chwilowego zawieszenia w próżni, postanowiłam nieco się dokształcić. Latem wiele szkół i uczelni organizuje kursy wakacyjne. A że i tak zmuszona byłam jeździć do Krakowa na weekendowe zjazdy, postanowiłam skorzystać z oferty mojej własnej uczelni. Oprócz kursu kroju i szycia, który uważam za absolutny „must” w moim przypadku (jestem po LO, a poszłam do szkoły, w której absolutnie wszyscy, potrafią szyć), wzięłam udział w kursie stylizacji prowadzonym przez Kasię Zajączkowską-Fajto. Zainteresowałam się kursem w zasadzie z ciekawości i bez specjalnych oczekiwań. Pięć dni to zdecydowanie za mało, żeby zgłębić temat, nie mniej jednak muszę przyznać, że dowiedziałam się wielu interesujących rzeczy.

  1. Mapa stylu – to kolaż, który mieliśmy stworzyć pierwszego dnia. Zadanie miało być zupełnie intuicyjne – ze sterty zgromadzonych magazynów mieliśmy wybrać kilka obrazków, nie tylko modowych, które nam się po prostu podobają. Nie chodziło tu o zobrazowanie tego, co sami nosimy na co dzień, ale odszukanie naszego prawdziwego stylu, który tkwi gdzieś w głębi, w każdym z nas. Dopiero później, po wzajemnej analizie otrzymanych obrazów, mogliśmy stwierdzić, w jakim stopniu zgadzają się one z tym, jak sami siebie postrzegamy. Polecam takie ćwiczenie nie tylko każdemu, kto poszukuje własnego stylu, ale i tym, którym wydaje się, że go znają. Każdemu z nas zdarzają się, od czasu do czasu modowe, zakupowe faux pas. Jasne określenie mapy stylu zdecydowanie pozwoli nam takich wpadek uniknąć. Na moją mapę stylu składały się biel i czerń oraz wyraziste, intensywne kolory i proste formy. Ważna jest  faktura materiału (grubo tkana wełna, futra, koronki, duże cekiny) oraz nietuzinkowe dodatki, którymi sama uwielbiam urozmaicać proste stylizacje.
  2. Sylwetka – to zadanie okazało się dla mnie dużym zaskoczeniem. Dowiedziałam się, ku mojemu zdziwieniu, że najszerszym elementem mojej sylwetki, a jednocześnie tym, na którego unieszkodliwieniu (tj. uczynieniu go mniej wyrazistym) muszę pracować, nie są wcale moje biodra i pupa, ale moje ramiona. Jak większość kobiet, żyłam w przekonaniu, że to właśnie ta część ciała należy do moich mankamentów i powinnam ją jak najmniej eksponować. Na przykładzie koleżanek z kursu, wiem, że nie byłam osamotniona w swojej ocenie. Otóż brzuch i biodra, to w zasadzie jedyne, co widzimy, gdy spoglądamy na siebie, ramiona, nawet w lustrze, jakimś cudem umykają naszej uwadze. Ja do dziś nie mogę wyjść z podziwu jakim cudem nigdy wcześniej tego nie zauważyłam. Teraz już rozumiem, dlaczego intuicyjnie, bluzki z dekoltem w łódkę nigdy nie były w moim guście.
  3. Kolor – i tu kolejne zaskoczenie. Zawsze uważałam, że ciemna, złotawo-zielonkawa (tak, tak-już renesansowi włoscy malarze dodawali do farby zielonego pigmentu malując kolor skóry, więc coś w tym musi być) karnacja i brązowe włosy, stawiają mnie po stronie barw ciepłych. I tu znowu nic bardziej mylnego. Okazało się, że jestem typową “zimą” i że dużo bardziej służą mi wyraziste barwy, ale o chłodnych tonacjach oraz czerń i biel, a moja skóra wygląda korzystniej zestawiona ze srebrem, niż ze złotem. Wprawdzie biżuterię ostatnio noszę tylko z żółtego złota, jednak po mojej garderobie wyraźnie widać, że lubię barwy monochromatyczne oraz ubrania w mocnych, jednolitych kolorach (brudne musztardy, zimne róże, butelkowe zielenie), zaś wzorzystych ubrań jest w mojej szafie bardzo niewiele

Podsumowując, nauczyłam się bardzo wiele. Dowiedziałam się jakie fasony i kolory pasują do mojej sylwetki i typu urody, ale przede wszystkim zrozumiałam dogłębniej, jaki jest mój własny styl i oczekiwania wobec mody. Zamierzam dążyć konsekwentnie do uporządkowania mojej garderoby i ujednolicenia jej. Już od dawna wkurza mnie, że pomimo pełnej szafy i tak często nie mam się w co ubrać.Sformułowanie “Przerost formy nad treścią” zdaje się być kwintesencją problemu. Mam nadzieję, że uda mi się go w najbliższym czasie rozwikłać…

Ikony stylu

Dziś rano natrafiłam na taki oto artykuł na stronce Fashion Post:

http://fashionpost.pl/5-ikon-stylu-ktore-zawsze-ubieraja-sie-tak-samo/

Dość często ostatnio zastanawiam się nad wątpliwymi kompetencjami autorów piszących o modzie, ale ten przeszedł moje najśmielsze oczekiwania (albo najgorsze koszmary). Jak w ogóle można takie kompletne bzdury publikować?

Bo od kiedy Mark Zuckerberg czy Steve Jobs to ikony stylu?! Ikony biznesu, owszem, ale przez to właśnie, jak się ubierają, ikonami stylu nigdy nie będą! Na świecie jest o wiele więcej znacznie barwniejszych postaci godnych uwagi w tej kwestii. I do tego jeszcze Michael Kors, tak samo amerykańsko-nijaki, jak jego własne projekty… Jego kiczowate torebki spotykamy na każdym kroku, ale sam projektant nie jest jakąś mega gwiazdą, a na pewno nie na tyle, żeby nazywać go ikoną.. Już bardziej przytoczyłabym Alexandra Wanga czy Toma Forda. Ale jak widać autor artykułu, pan Mateusz Farenholc, nie raczył sięgnąć poza swój horyzont, czyli Wikipedię, która jak sam chwali się, jest głównym źródłem jego inspiracji i wiedzy o modzie. Bardzo, bardzo płytki tekst…

Dlatego postanowiłam stworzyć swoje własne:

“Ikony stylu, które zawsze ubierają się tak samo”

Gabrielle Chanel – jeśli miałabym wymienić jedno ubranie, które jest absolutną ikoną stylu, bez namysłu wybrałabym kostium Chanel. Można kupić jeden i nosić całe życie wiedząc, że nigdy nie wyjdzie z mody. Chanel była pionierką, która zrewolucjonizowała sposób w jaki ubierają się kobiety raz na zawsze. To dzięki niej nie odrzuciłyśmy gorsety i dziś nosimy swobodne sukienki, spodnie, marynarki i nosimy krótkie włosy. Sama przez lata pozostała wierna swojemu stylowi, zawsze ubierała się tylko w Chanel, a nienaganne kostiumy i sznury sztucznych pereł, należały do jej ulubionych. Od lat po dziś dzień jest symbolem klasy i dobrego smaku.

1960
Gabrielle Chanel w kostiumie Chanel

Karl Lagerfeld – to rzeczywiście absolutna i ponadczasowa ikona stylu. Karl kocha czerń i uważa, że nigdy nie można mieć jej za wiele. Karl zawsze prezentuje się efektownie w perfekcyjnie skrojonym, czarnym garniturze, białej koszuli i ciemnych okularach. Jak sam przyznał, to właśnie dla tych pięknych garniturów, których autorem jest Hedi Slimane, zdecydował się przejść na dietę. Ale Karl jest ikoną stylu, nie tylko ze względu na swój świetny gust, ale przede wszystkim za swój wielki talent i geniusz. Rok temu projektant obchodził 60-leci swojej pracy twórczej. Wciąż projektuje pod egidą kilku marek, w tym Fendi, Chanel i autorskiej Karl Lagerfeld i na emeryturę się nie wybiera, bo jak sam mówi, umarł by, a to byłby koniec wszystkiego.

25
Karl Lagerfeld 

Carine Roitfeld – była szefowa francuskiego Vogue i obecna dyrektor Harper’s Bazaar. Stylistka, modelka i pisarka. W zasadzie jej cała rodzina (córka, wnuczka oraz syn i jego wybranka –  Giovanna Battaglia – kolejna ikona), jest wyjątkowo fascynująca z modowego punktu widzenia. Nie ma chyba drugiej takiej familii, no może poza Beckhamami… Carine, pomimo wielu lat spędzonych w świecie mody, i nieograniczonych możliwości, zdaje się bazować na klasycznym, sprawdzonym zestawie – ołówkowa spódnica, zazwyczaj w kolano lub krótsza, koszula zalotnie rozpięta, gołe nogi lub czarne (tylko!) rajstopy, włosy do ramion i piękna opalenizna. W swoim stylu jest bardzo “Parisienne”, nigdy nie jest przebrana i nie przesadza z makijażem czy dodatkami. Po prostu “Chic”!

Carine-Roitfeld-London-Fashion-week-SS15-GETTY
Carine Roitfeld

Grace Coddington – uwielbiam ją! Kiedyś modelka, dziś dyrektor kreatywna Vogue US. W odróżnieniu od Anny Wintour, z którą współpracuje, Grace zawsze jest jakby w cieniu. Jej ubrania są przeważnie czarne, o prostych krojach, ale zawsze najdoskonalszej proweniencji. Tylko burza rudych włosów wyróżnia ją z tłumu. Jest pomysłodawczynią licznych, niezapomnianych edytoriali i sesji zdjęciowych. Wprowadziła element artyzmu i to dzięki niej narodziła się tendencja, by fotografia modowa była czymś więcej niż tylko zdjęcia ładnych ubrań.

Grace-Coddington-007
Grace Coddington w czerni

Caroline de Maigret – na końcu lecz nie ostatnia, kolejna niemiłosiernie elegancka Francuzka. Po tym z jaką nonszalancją mówi i porusza się, można wywnioskować, że w jej żyłach płynie błękitna krew. Jej rodzina wywodzi się z francuskiej burżuazji, a sama Caroline jest wnuczką polskiego Księcia Michała Poniatowskiego. Modelka, producentka muzyczna, pisarka, ikona stylu i muza – to tylko kilka z jej licznych przymiotów. Jej ulubiony uniform stanowią proste włosy, ledwie zauważalny makijaż, jeansy lub ciemne spodnie, prosty t-shirt lub koszula i skórzana ramoneska albo luźny żakiet.b Jej naturalność stanowi o jej pięknie. Jak na arystokratkę przystało, bywa też ekscentryczna  – jak sama przyznaje jeździ skuterem po bagietki do oddalonej o kilka metrów piekarni. Więcej ciekawych anegdot na jej temat znajdziecie w książce “How to be Parisian wherever you are”, której jest współautorką.

tumblr_n6o7heyJXn1txw5szo1_1280
Caroline de Maigret

Kto rano wstaje…

W małym miasteczku, we wschodniej Polsce, odkryłam zakupowy Raj! Jak we wszystkich tego typu miasteczkach, dominują trzy typy biznesów – banki, apteki i lumpeksy. I te lumpeksy właśnie – są rewelacyjne! Co więcej, kilka z nich oferuje raz w tygodniu promocję: „Wszystko za 1 zł”. Tak, za 1 zł! Sama nie mogłam w to uwierzyć… Nigdy nie miałam nic przeciwko ubraniom z drugiej ręki, w zasadzie przez całe dzieciństwo byłam na nie skazana. Jakieś 10-15 lat temu jedynym miejscem, gdzie można był znaleźć porządne i modne ciuchy, były własnie lumpeksy. Szczególnie, jeśli komuś się nie przelewało, a chciał wyglądać dobrze. Wiele z tych ubrań, upolowanych wiele lat temu, mam i noszę do dzisiaj.

Ostatnio na przykład za całe 8 zł kupiłam trzy jedwabne bluzki, haftowany szlafrok, dwie hinduskie tuniki, szal i jedwabną sukienkę Reiss. Ubrania fantastycznej jakości, które normalnie kosztowałyby fortunę. Zdjęcia niektórych z tych zdobyczy  widoczne są poniżej. Innym razem kupiłam dość zdezelowaną bluzkę, całą wyszywaną cekinami. Mała paczuszka cekinów kosztuje 4 zł, a z bluzki wyprułam cały worek – za 1 zł.

Poza tym, opłaca się być cierpliwym. Mam szczęście, ze mój gust różni się od gustu przeciętnej matki polki. Ostatnio wypatrzyłam dwie futrzane czapy, 10 zł za sztukę. Po dwóch dniach kupiłam obie po 1 zł, no bok kto normalny kupuje futrzane czapki latem?! (ja, bo planuje skonstruować domową wersję mokasynów Gucci, stąd potrzeba futra właśnie). Fakt, i tak nie mogłam spa,c, więc przyszłam stosunkowo rano. Tłum był nieziemski, ale jak widać miejscowe „fashionistki” wiedzą, jak kupować i nie zbankrutować.

I nie chodzi tu o kupowanie, dla samej kwestii tego, że jest tanio. Chodzi bardziej o samo polowanie, dreszcz emocji. Sama kupuję sporo ubrań, ale rzadko czegokolwiek się pozbywam. Staram się inwestować w jakość i wybierać naturalne tkaniny – jedwab, bawełnę, wełnę, kaszmir, które posłużą mi na długo. Jedwab jest szczególnie fantastyczny latem i w podróży. Zajmuje bardzo mało miejsca w walizce i schnie w oka mgnieniu.

Jeśli chodzi o pranie, to piorę sama w zasadzie wszystko, może jedynie poza bardzo drogimi płaszczami i żakietami, bo te potrafią się wygnieść lub skurczyć. Nawet te z zakazem bezwzględnego prania (tak, mam kilka takich przypadków), znoszą pranie ręczne całkiem nieźle.

W Szkocji nie ma lumpeksów, są za to „charity shops”, z których dochody przekazywane są na cele charytatywne. Te w Edynburgu są fantastyczne, Szkocja to bogaty kraj i często można upolować prawdziwe cuda (np. płaszcz Chloe za 7 funtów czy szalik Burberry za 5 (pewnie kosztowałby więcej, ale nie miał metki, a mój wrodzony instynkt się nie mylił). Poza tym zawsze mamy wymówkę, ze motywacją do zakupów nie jest nasza próżność, ale dobroczynność 😉

Kolejnym, olbrzymim atutem takiego kupowania jest ekologia. W dzisiejszych czasach ubrania są coraz tańsze, a my kupujemy ich  coraz więcej, ale też coraz więcej tez wyrzucamy. Ubrania zdecydowanie straciły na jakości i stały się prawie jednorazowe. Cierpi na tym nie tylko nasza planeta, ale tez ludzie, którzy szyją te wszystkie ubrania za często nieludzkie stawki. Zamiast kupować byle jakie jakościowo ubrania z i tak strasznie drogich “sieciówek”, wybierajmy ubrania second hand. A jeśli już kupujemy coś nowego, dbajmy o jakość tkanin i ich wykończenie. Zastanówmy się, czy za rok, dwa czy pięć, to ubranie będzie nadal aktualne. Albo czy jest aż tak rewelacyjne, że musimy je mieć.

 

 

Ach, ten dekolt…

FullSizeRender

Nie jestem fanką ani robienia selfies, ani tym bardzie selfies w negliżu. Ale dla tego zdjęcia robię absolutny wyjątek. Ten kostium z Zary jest po prostu fenomenalny. I choć nie kupiłam go, bo nie leżał idealnie (jest chyba dla dziewczyn o pełniejszej figurze i trochę wyższych), to koniecznie muszę spróbować coś takiego uszyć. Tytuł “Miss Plaży” murowany. Wszyscy faceci będą się za nim oglądać. Po prostu pięknieje się w czymś takim. To trochę tak, jak kiedyś kupiłam ciut przyduże sandałki Jimmy Choo. Gdy je założyłam, moje nogi magicznie wysmukliły się i wydłużyły o połowę (mam 160 cm wzrostu, więc nie mam z czym szaleć). Wszystko bym dała za takie nogi! A to przecież były moje własne! Więc wydałam małą fortunę na buty. Mieszkają w pudełku i czekają na swój dzień. Ale to tylko najlepszy dowód, że świetne buty i dobrze dobrana bielizna, może zdziałać cuda.

Ja robię zakupy w myśl zasady, że im dłużej debatuję, czy chcę coś mieć, tym gorszy jest to znak. Jeśli nie mam wątpliwości – i muszę to mieć – wtedy kupuję od razu. Ale jeśli zaczynam się zastanawiać, to znaczy, że mam jakieś “ale” i zawsze będę je mieć. To świetna metoda.

Drugim pytaniem, jakie sobie stawiam, to “co powiedziałaby Caroline”. Caroline to moja wspaniała przyjaciółka, jest trochę jak współczesna Mlle Chanel, obdarzona niezwykłym gustem i wyczuciem smaku. To ona namówiła mnie na kupno jedwabnej, morelowej sukienki, właśnie od Chanel, którą uwielbiam do dzisiaj. Ale i odwiodła mnie od kupna wielu rzeczy, które atrakcyjne są tylko na chwilę, ale z czasem stracą na aktualności.

Zawszę staram się też zrobić w myślach scan mojej garderoby i zastanowić się, jakie kombinacje jestem w stanie zaaranżować z użyciem danego stroju. To też zawsze pomaga. Więc w myśl trendu (bardzo słusznego z resztą) na Slow Fashion, inwestujmy w dobre rzeczy, które świetnie na nas leżą i odpuśćmy sobie te byle jakie. Czego sobie i Wam życzę.

Zaczarowane pantofelki

Kilka dni temu odezwała się do mnie koleżanka ze studiów. Pracuje od niedawna w jednym z warszawskich muzeów i poprosiła mnie o pomoc w próbie odkrycia historii pewnej pary butów.

Owe buty, dość zwyczajne, para złotego koloru szpilek, marka nieznana, nic specjalnego. Wchodzą w skład ekspozycji pewnego muzeum. Ale, jak z każdymi butami, z tymi także na pewno wiąże się jakaś historia. Nie możemy do niej dotrzeć, możemy jedynie domyślać się.

Dla porównania, z prawie każdą parą butów w mojej szafie, a trochę ich jest, wiąże się, lub na pewno kiedyś będzie jakaś historia. Podobnie jest z resztą moich ubrań. Pamiętam dokładnie gdzie i w jakich okolicznościach zostały kupione. Jedyne, co staram się wymazać z pamięci, to ich ceny…

Ale wróćmy to tych butów. No więc koleżanka powiedziała, że nie chodzi jej w zasadzie o te konkretne buty, ale o koncept złotych butów w ogóle. Co jak co, ale na butach to ja akurat się trochę znam. Niestety, w tym momencie wszystkie moje kostiumograficzne książki przemierzają właśnie w pudle kanał La Manche. Zaczęłam się więc zastanawiać.

Historia butów jest fascynująca. Jest w nich coś magicznego. Od wielu lat były symbolem statusu i pożądania. Na przykład to, że kobieta na obcasach czuje się ważniejsza i jest tak odbierana, ale przy tym sama też nabiera pewności siebie. Wszystkie kobiety na stanowiskach noszą obcasy – w myśl tej zasady. Można powiedzieć, że im wyższy obcas, tym szybsza droga do sukcesu. (no może trochę przesadziłam…)

W tym roku odwiedziłam świetną wystawę w V&A w Londynie pt. “Shoes – Pleasure and Pain”. Dużo, dużo butów…

Z obuwniczych ciekawostek interesujące jest to, że już w starożytnym Egipcie, buty były symbolem statusu. Niewolnicy nie nosili butów, było one przeznaczone dla zamożnego społeczeństwa, a co więcej, sandały w kolorze żółtym i czerwonym były zarezerwowane wyłącznie dla arystokracji.

XVII-wieczne weneckie damskie obuwie, tzw. chopines, wykonane z drewna pokrytego jedwabiem, było tak skonstruowane, że dama wychodząca na ulicę, by móc swobodnie się poruszać, potrzebowała dwóch służących, po jednym pod każde ramię 🙂 musiała więc być majętna, by móc sobie na to pozwolić.

2010EB2595_jpg_ds
Para “chopines”, Wenecja, 1600-1620,

Także król Francji, Ludwik XIV, mając tylko 165 cm, wprowadził modę na obuwie na obcasie dla mężczyzn. Co więcej, to Król Słońce, nie Christian Louboutin, był prekursorem słynnej czerwonej podeszwy, której wizerunek znany jest dziś na całym świecie.

Do ok. 1800 roku damskie i męskie obuwie nie bardzo się różniło. Dopiero w XIX wieku buty zaczęły różnić się kolorem, materiałem i wysokością obcasa. Co ciekawe, także do ok. 1818 roku oba buty, tzn prawy i lewy, były takie same i zupełnie nie różniły się kształtem. Podobno pierwsze takie buty powstały w Filadelfii.

Po II wojnie światowej wszystko się zmieniło. Światowa gospodarka nabrała tempa, moda zaczęła zmieniać się z roku na rok. W latach 50-tych XX wieku Roger Vivier zaczął swoją współpracę z domem mody Christian Dior. To właśnie Vivier ok. 1955 roku, zaprojektował dla Diora kształt damskiej tzw. szpilki – takiej, jaką w zasadzie znamy i nosimy do dziś.

2007BM6263_jpg_ds
Roger Vivier dla domu mody Christian Dior, 1952-54

Najdroższe buty w historii świata – czerwone buciki które nosiła Judy Garland w “Czarnoksiężniku z krainy Oz”, tzw. “ruby slippers”, zostały sprzedane na aukcji w 2000 roku za $660.000.

2A738A2100000578-3157528-There_is_a_1million_reward_for_information_leading_to_the_stolen-a-9_1436648077866

Dziś, jak przed wiekami, buty wciąż są symbolem statusu. Czerwone podeszwy od Louboutina znane i pożądane są na całym świecie. Nigdy nie zapomnę, kiedy pierwszy raz przymierzyłam sandałki od Jimmy Choo. Co z tego, że o rozmiar za duże. Moje nogi wyglądały, jakby nie miały końca. A jestem niższa niż Ludwik XIV.

Wracając do butów z wystawy – wyglądają na lata 70-80-te. Lata 80-te na świecie to moda na przepych. Era materializmu, chyba największego do tej pory w historii. W 1982 w USA kończy się recesja i nastaje era pieniędzy. Młodzi biznesmeni lansują się w  luksusowych autach i garniturach od Armaniego, złoty Rolex staje się symbolem statusu, a kobiety noszą poduchy na ramionach, “trwałą” na głowie i ogólnie ociekają złotem, choćby sztucznym. To też początek ery “power dressing”. To właśnie wtedy kobiety po raz pierwszy na dobre wkraczają w świat biznesu. Nawet jak nie stać je na prawdziwe złoto, wciąż chcą choćby namiastkę tego luksusu.

Wreszcie, w 1990 roku upadł mur berliński, Polska także otworzyła się na wielki świat.

Te złote buty z praskiego muzeum, to moim zdaniem trochę jak jeansy Levis w czasach PRL-u.

Złoto symbolizowało bogactwo i status. Na dobre buty mało kto mógł sobie pozwolić, a już na pewno nie na złote buty. (do dziś pamiętam buty “trumniaki”, które nosił mój kolega – zwane tak, gdyż były z farbowanej tektury i rozpadały się po pierwszym deszczu). Dobre buty to zakazany obiekt pożądania, pochodzący z kapitalistycznego zachodu. Kobieta, która je nosiła musiała kochać modę, tego jestem pewna. Złote buty nie są, a wtedy tym bardziej nie były dla każdego – tylko dla odważnych, przebojowych kobiet.

Ja sama mam w swojej szafie kilka par złotych i srebrnych butów. Teraz łatwo o wszystko, ale kiedyś w Polsce wszystko było szare i brzydkie, a najjaśniejszym dostępnym kolorem był czerwony –  z wiadomych względów. Chyba dlatego mam ich teraz tyle. Zawsze o takich marzyłam – kiedyś były po prostu nie do zdobycia…

IMG_1267.jpg

“HOW TO BE PARISIAN WHEREVER YOU ARE”

IMG_1253Postanowiłam powrócić do tej książki z kilku powodów. Po pierwsze, przypomniała mi o niej koleżanka, która czytała ją niedawno i często do niej nawiązywała. Drugim powodem jest przeczytana ostatnio przeze mnie książka Garance Dore pt. “Love. Style. Life.”, która niestety absolutnie niczym mnie nie zaskoczyła. Wiem, trochę brutalne. Jedyna fajną w niej rzeczą były w niej ilustracje. Sam tekst książki z kolei, jest jakimś misz masz biografii, z magazynem o modzie i gazetką reklamową. Bardzo lubię blog Garance, ale książką byłam bardzo rozczarowana. Większość poruszanych tematów już kiedyś pojawiła się na blogu, a biorąc pod uwagę niedawna kolaborację Garance z firmą Zara, ciężko jest nie odnieść wrażenia, że książka jest mocno sponsorowana. Poza tym dużo zdjęć, które już gdzieś widzieliśmy, i bardzo mało czytania. Najfajniejszym fragmentem jest chyba ten o początkach kariery autorki jako ilustratora. Chyba najbardziej szczery i realistyczny. Przeczytałam i podałam dalej. Ale nie o tym.

“How to be Parisian wherever you are” to książka, która połknęłam w ciągu dwóch wieczorów. I wiem, że będę do niej wracać – tak jak teraz, bo jest w niej coś na każdą okazję. Postanowiłam zacząć czytać ja od nowa, tym razem powoli, delektując się każdą frazą. Nie ma nic lepszego na długie zimowe wieczory niż ulubione perfumy, lampka wina i dobra książka. Enjoy!