Ach, ten dekolt…

FullSizeRender

Nie jestem fanką ani robienia selfies, ani tym bardzie selfies w negliżu. Ale dla tego zdjęcia robię absolutny wyjątek. Ten kostium z Zary jest po prostu fenomenalny. I choć nie kupiłam go, bo nie leżał idealnie (jest chyba dla dziewczyn o pełniejszej figurze i trochę wyższych), to koniecznie muszę spróbować coś takiego uszyć. Tytuł “Miss Plaży” murowany. Wszyscy faceci będą się za nim oglądać. Po prostu pięknieje się w czymś takim. To trochę tak, jak kiedyś kupiłam ciut przyduże sandałki Jimmy Choo. Gdy je założyłam, moje nogi magicznie wysmukliły się i wydłużyły o połowę (mam 160 cm wzrostu, więc nie mam z czym szaleć). Wszystko bym dała za takie nogi! A to przecież były moje własne! Więc wydałam małą fortunę na buty. Mieszkają w pudełku i czekają na swój dzień. Ale to tylko najlepszy dowód, że świetne buty i dobrze dobrana bielizna, może zdziałać cuda.

Ja robię zakupy w myśl zasady, że im dłużej debatuję, czy chcę coś mieć, tym gorszy jest to znak. Jeśli nie mam wątpliwości – i muszę to mieć – wtedy kupuję od razu. Ale jeśli zaczynam się zastanawiać, to znaczy, że mam jakieś “ale” i zawsze będę je mieć. To świetna metoda.

Drugim pytaniem, jakie sobie stawiam, to “co powiedziałaby Caroline”. Caroline to moja wspaniała przyjaciółka, jest trochę jak współczesna Mlle Chanel, obdarzona niezwykłym gustem i wyczuciem smaku. To ona namówiła mnie na kupno jedwabnej, morelowej sukienki, właśnie od Chanel, którą uwielbiam do dzisiaj. Ale i odwiodła mnie od kupna wielu rzeczy, które atrakcyjne są tylko na chwilę, ale z czasem stracą na aktualności.

Zawszę staram się też zrobić w myślach scan mojej garderoby i zastanowić się, jakie kombinacje jestem w stanie zaaranżować z użyciem danego stroju. To też zawsze pomaga. Więc w myśl trendu (bardzo słusznego z resztą) na Slow Fashion, inwestujmy w dobre rzeczy, które świetnie na nas leżą i odpuśćmy sobie te byle jakie. Czego sobie i Wam życzę.

Podróże w czasie i przestrzeni

Prostownica czy sukienka? Ksiażka wypada czy zostaje, bo bagaż już się nie dopina… Odwieczne dylematy podróżującej kobiety. Czy w ogóle da się stylowo podróżować i nie zwariować? Jak przetrwać długie godziny lotu? To nie argument, że wielu biznesmanów też często podróżuje. Oni raczej rzadko korzystają z tanich linii lotniczych i nie muszą martwić się limitem bagażu. Czy w dzisiejszych czasach, kiedy zamiast pięknego kuferka z kosmetykami od Louis Vuitton, zmuszeni jesteśmy używać plastikowej torebki, można jeszcze podróżować z klasą? Gdzie podziały się czasy gdy Wallis Simpson, podróżując po Europie na początku XX wieku, miała ponoć 16 kufrów z ubraniami i wynajęty osobny wagon tylko na swoją gardrobę? Myślę o niej za każdym razem, gdy próbuję upakować walizkę do pojemnika na lotnisku, modlac się jednocześnie, żeby się zmieściła. Z racji mojej obecnej sytuacji, w pociągach i samolotach spędzam ostatnio bardzo dużo czasu. Inne formy komunikacji, takie jak samochód (30-letnie BMW, bardzo nieekonomiczne) oraz wszelkiego rodzaju mini busy (zgroza!) zdeklasowałam od razu. Do pociągu wsiadłam pierwszy raz od wielu, wielu lat i byłam bardzo zaskoczona… że nic sie nie zmieniło. Komfort podróży i uprzejmość większości konduktorów zdecydowanie pochodzi z poprzedniego ustroju.

Poniżej postanowiłam zamieścić kilka moich spostrzeżeń o tym, jak podróżować łatwiej  i jednocześnie zachować swój styl.

  1. Obcasy są wrogiem w podróży – Nigdy ich nie noszę. Już sobie wyobrażam, jak obcas utyka mi w schodkach pociągu, a ja lecę prosto na twarz… Pokusiłam się o to raz, byłam młoda i głupia i przyznaję, że musiałam wygladać dość żałośnie. Obijanie się z walizami po lotnisku, potykając sie jednocześnie o własne nogi, jest zupełnie niepraktyczne. Ale obserwuję często na lotnisku dziewczyny (głównie w lotach do Polski, nie odwrotnie) wyciągające z podręcznego obcasy i zmieniające buty zaraz po przylocie, zanim jeszcze ujrzy je rodzina. Może myślą, że to jakiś symbol prosperity i tym dodają sobie klasy. No same obcasy nie pomogą… Ale nie o tym. Odnoszę wrażenie, że my Polacy ogólnie lubimy sie pokazywać. Wychodzi z nas sarmatyzm i małomiasteczkowość, której wprost nie znoszę. Chcemy być tacy strasznie “hop do przodu” europejscy, a jednocześnie nie skrywamy niechęci dla wszystkiego, co jest choćby troszeczkę inne.
  2. Nie dla toreb i plecaków – Walizka na kółkach jest lepsza niż torba czy plecak, bo bez względu na jej wagę, można przy odrobinie wprawy udawać, że zbyt wiele nie waży. Plecaków generalnie, pomimo obecnie panującej mody, nadal nienawidzę. Uważam, że są kompletnie nie eleganckie. Ale w podróży polecam składane torby Longchamp Le Pliage, idealne na jednodniowe  wypady (i towarzyszące im nieprzewidziane zakupy). Wtedy taka rozkładana torba jest jak znalazł. Swoją kupiłam na londyńskim lotnisku właśnie z winy zakupów i od tamtej pory jest nieodłączną towarzyszką większości moich podróży.
  3. Ubranie –  W tej kwestii zawsze jest dylemat. Ma być modnie i wygodnie. Dresy zdecydowanie odpadają. Lubię płaszcze, bo można się w nie owinąć szczelnie w razie potrzeby. Przydaje się bez względu na to gdzie, i o jakiej porze roku wybieramy się w drogę. Ja zawsze wybieram miękkie materiały, (posłużą za okrycie w trakcie długiego lotu i osłonę przed chrapiącym towarzyszem albo wyjącym dzieckiem siedzącym obok) i koniecznie z dużymi kieszeniami (gdy nasz bagaż podręczny jest przeładowanuy, zawsze można coś upchać po kieszeniach, jak w filmie “Zakazane piosenki” (scena w pociągu).
  4. Mała torebka – na dokumenty, bilety, paszport, portfel i wszystkie najpotrzebniejsze drobiazgi. Najlepiej wielkości sporego portfela. Najlepiej Chanel, o ile budżet pozwala.
  5. Szal – Musi być duży, najlepiej bawełniany lub kaszmirowy (przysięgam na Hermes), bo temperatury na pokładzie samolotów zawsze są nieprzewidywalne. Jest albo za zimno, albo za gorąco, ale nigdy w sam raz. Poza tym szal przyda się na wieczorne spacery po plaży już po zachodzie słońca. Dla wielbicielek szalików Hermes wyprodukował specjalne karty: Cartes a Nouer, które pokazują 21 sposobów na zawiązanie szalika/chusty. Mi najbardziej przypadł do gustu pomysł na bluzkę, wygląda rewelacyjnie!FullSizeRender_2

 

Zaczarowane pantofelki

Kilka dni temu odezwała się do mnie koleżanka ze studiów. Pracuje od niedawna w jednym z warszawskich muzeów i poprosiła mnie o pomoc w próbie odkrycia historii pewnej pary butów.

Owe buty, dość zwyczajne, para złotego koloru szpilek, marka nieznana, nic specjalnego. Wchodzą w skład ekspozycji pewnego muzeum. Ale, jak z każdymi butami, z tymi także na pewno wiąże się jakaś historia. Nie możemy do niej dotrzeć, możemy jedynie domyślać się.

Dla porównania, z prawie każdą parą butów w mojej szafie, a trochę ich jest, wiąże się, lub na pewno kiedyś będzie jakaś historia. Podobnie jest z resztą moich ubrań. Pamiętam dokładnie gdzie i w jakich okolicznościach zostały kupione. Jedyne, co staram się wymazać z pamięci, to ich ceny…

Ale wróćmy to tych butów. No więc koleżanka powiedziała, że nie chodzi jej w zasadzie o te konkretne buty, ale o koncept złotych butów w ogóle. Co jak co, ale na butach to ja akurat się trochę znam. Niestety, w tym momencie wszystkie moje kostiumograficzne książki przemierzają właśnie w pudle kanał La Manche. Zaczęłam się więc zastanawiać.

Historia butów jest fascynująca. Jest w nich coś magicznego. Od wielu lat były symbolem statusu i pożądania. Na przykład to, że kobieta na obcasach czuje się ważniejsza i jest tak odbierana, ale przy tym sama też nabiera pewności siebie. Wszystkie kobiety na stanowiskach noszą obcasy – w myśl tej zasady. Można powiedzieć, że im wyższy obcas, tym szybsza droga do sukcesu. (no może trochę przesadziłam…)

W tym roku odwiedziłam świetną wystawę w V&A w Londynie pt. “Shoes – Pleasure and Pain”. Dużo, dużo butów…

Z obuwniczych ciekawostek interesujące jest to, że już w starożytnym Egipcie, buty były symbolem statusu. Niewolnicy nie nosili butów, było one przeznaczone dla zamożnego społeczeństwa, a co więcej, sandały w kolorze żółtym i czerwonym były zarezerwowane wyłącznie dla arystokracji.

XVII-wieczne weneckie damskie obuwie, tzw. chopines, wykonane z drewna pokrytego jedwabiem, było tak skonstruowane, że dama wychodząca na ulicę, by móc swobodnie się poruszać, potrzebowała dwóch służących, po jednym pod każde ramię 🙂 musiała więc być majętna, by móc sobie na to pozwolić.

2010EB2595_jpg_ds
Para “chopines”, Wenecja, 1600-1620,

Także król Francji, Ludwik XIV, mając tylko 165 cm, wprowadził modę na obuwie na obcasie dla mężczyzn. Co więcej, to Król Słońce, nie Christian Louboutin, był prekursorem słynnej czerwonej podeszwy, której wizerunek znany jest dziś na całym świecie.

Do ok. 1800 roku damskie i męskie obuwie nie bardzo się różniło. Dopiero w XIX wieku buty zaczęły różnić się kolorem, materiałem i wysokością obcasa. Co ciekawe, także do ok. 1818 roku oba buty, tzn prawy i lewy, były takie same i zupełnie nie różniły się kształtem. Podobno pierwsze takie buty powstały w Filadelfii.

Po II wojnie światowej wszystko się zmieniło. Światowa gospodarka nabrała tempa, moda zaczęła zmieniać się z roku na rok. W latach 50-tych XX wieku Roger Vivier zaczął swoją współpracę z domem mody Christian Dior. To właśnie Vivier ok. 1955 roku, zaprojektował dla Diora kształt damskiej tzw. szpilki – takiej, jaką w zasadzie znamy i nosimy do dziś.

2007BM6263_jpg_ds
Roger Vivier dla domu mody Christian Dior, 1952-54

Najdroższe buty w historii świata – czerwone buciki które nosiła Judy Garland w “Czarnoksiężniku z krainy Oz”, tzw. “ruby slippers”, zostały sprzedane na aukcji w 2000 roku za $660.000.

2A738A2100000578-3157528-There_is_a_1million_reward_for_information_leading_to_the_stolen-a-9_1436648077866

Dziś, jak przed wiekami, buty wciąż są symbolem statusu. Czerwone podeszwy od Louboutina znane i pożądane są na całym świecie. Nigdy nie zapomnę, kiedy pierwszy raz przymierzyłam sandałki od Jimmy Choo. Co z tego, że o rozmiar za duże. Moje nogi wyglądały, jakby nie miały końca. A jestem niższa niż Ludwik XIV.

Wracając do butów z wystawy – wyglądają na lata 70-80-te. Lata 80-te na świecie to moda na przepych. Era materializmu, chyba największego do tej pory w historii. W 1982 w USA kończy się recesja i nastaje era pieniędzy. Młodzi biznesmeni lansują się w  luksusowych autach i garniturach od Armaniego, złoty Rolex staje się symbolem statusu, a kobiety noszą poduchy na ramionach, “trwałą” na głowie i ogólnie ociekają złotem, choćby sztucznym. To też początek ery “power dressing”. To właśnie wtedy kobiety po raz pierwszy na dobre wkraczają w świat biznesu. Nawet jak nie stać je na prawdziwe złoto, wciąż chcą choćby namiastkę tego luksusu.

Wreszcie, w 1990 roku upadł mur berliński, Polska także otworzyła się na wielki świat.

Te złote buty z praskiego muzeum, to moim zdaniem trochę jak jeansy Levis w czasach PRL-u.

Złoto symbolizowało bogactwo i status. Na dobre buty mało kto mógł sobie pozwolić, a już na pewno nie na złote buty. (do dziś pamiętam buty “trumniaki”, które nosił mój kolega – zwane tak, gdyż były z farbowanej tektury i rozpadały się po pierwszym deszczu). Dobre buty to zakazany obiekt pożądania, pochodzący z kapitalistycznego zachodu. Kobieta, która je nosiła musiała kochać modę, tego jestem pewna. Złote buty nie są, a wtedy tym bardziej nie były dla każdego – tylko dla odważnych, przebojowych kobiet.

Ja sama mam w swojej szafie kilka par złotych i srebrnych butów. Teraz łatwo o wszystko, ale kiedyś w Polsce wszystko było szare i brzydkie, a najjaśniejszym dostępnym kolorem był czerwony –  z wiadomych względów. Chyba dlatego mam ich teraz tyle. Zawsze o takich marzyłam – kiedyś były po prostu nie do zdobycia…

IMG_1267.jpg

“Men I may not know, but shoes, shoes – I know.”

 

Kupiłam już w tym miesiącu za dużo par butów… Ale czuję, że moje życie nie byłoby kompletne bez pary musztardowych, zamszowych czółenek od Manolo… I jeszcze te kremowe, satynowe z klamerką.. Takie właśnie dokładnie jak miała Carrie… W razie gdybym jednak kiedyś planowała wyjść za mąż. Albo tak po prostu, Cinderella shoes! Na każdą okazję, na przekór wszystkiemu! No i “Andrew boots” od Isabel Marant, czarne, bo przecież takie praktyczne, wszystkie francuskie edytorki Vogue mają parę w swojej szafie, założę się… Będę je nosić codziennie, do końca życia. Obiecuję!

IMG_9186