Przysięgam Wam, że płynie czas.

Przeglądałam ostatnio zdjęcia. Wiele zdjęć. I zdałam sobie sprawę, jak wiele w ciągu tego roku się dla mnie zmieniło. Na przykład znalazłam zdjęcia tej żółtej sukienki, zrobione właśnie około rok temu. Sukienkę tą zaczęłam szyć, chyba ponad dwa lata temu i dopiero wtedy ją skończyłam (miałam ją założyć na Sylwestra 2014/15!). To jest pierwsza rzecz, którą tak naprawdę uszyłam od początku do końca. Było to dla mnie wówczas niebywałe osiągnięcie.

Od tamtej pory, dzięki swojej wytrwałości udało mi się rozpocząć studia z konstrukcji ubioru oraz samodzielnie skonstruować i uszyć kilka lub kilkanaście sztuk ubioru, w tym męskie spodnie i koszulę. Wiem, że dla niektórych to niewiele, ale dla mnie to dopiero początek. Wciąż uczę się nowych rzeczy, cieszę się, że zdecydowałam się zaryzykować i zacząć wszystko od początku. Na zmiany nigdy nie jest za późno. Jak ktoś kiedyś pięknie powiedział: “za rok od teraz, będziesz żałował, że nie zacząłeś dzisiaj” (“a year from now on, you’ll wish you had started today”). Ja zaczęłam. Niczego nie żałuję.

Ikony stylu

Dziś rano natrafiłam na taki oto artykuł na stronce Fashion Post:

http://fashionpost.pl/5-ikon-stylu-ktore-zawsze-ubieraja-sie-tak-samo/

Dość często ostatnio zastanawiam się nad wątpliwymi kompetencjami autorów piszących o modzie, ale ten przeszedł moje najśmielsze oczekiwania (albo najgorsze koszmary). Jak w ogóle można takie kompletne bzdury publikować?

Bo od kiedy Mark Zuckerberg czy Steve Jobs to ikony stylu?! Ikony biznesu, owszem, ale przez to właśnie, jak się ubierają, ikonami stylu nigdy nie będą! Na świecie jest o wiele więcej znacznie barwniejszych postaci godnych uwagi w tej kwestii. I do tego jeszcze Michael Kors, tak samo amerykańsko-nijaki, jak jego własne projekty… Jego kiczowate torebki spotykamy na każdym kroku, ale sam projektant nie jest jakąś mega gwiazdą, a na pewno nie na tyle, żeby nazywać go ikoną.. Już bardziej przytoczyłabym Alexandra Wanga czy Toma Forda. Ale jak widać autor artykułu, pan Mateusz Farenholc, nie raczył sięgnąć poza swój horyzont, czyli Wikipedię, która jak sam chwali się, jest głównym źródłem jego inspiracji i wiedzy o modzie. Bardzo, bardzo płytki tekst…

Dlatego postanowiłam stworzyć swoje własne:

“Ikony stylu, które zawsze ubierają się tak samo”

Gabrielle Chanel – jeśli miałabym wymienić jedno ubranie, które jest absolutną ikoną stylu, bez namysłu wybrałabym kostium Chanel. Można kupić jeden i nosić całe życie wiedząc, że nigdy nie wyjdzie z mody. Chanel była pionierką, która zrewolucjonizowała sposób w jaki ubierają się kobiety raz na zawsze. To dzięki niej nie odrzuciłyśmy gorsety i dziś nosimy swobodne sukienki, spodnie, marynarki i nosimy krótkie włosy. Sama przez lata pozostała wierna swojemu stylowi, zawsze ubierała się tylko w Chanel, a nienaganne kostiumy i sznury sztucznych pereł, należały do jej ulubionych. Od lat po dziś dzień jest symbolem klasy i dobrego smaku.

1960
Gabrielle Chanel w kostiumie Chanel

Karl Lagerfeld – to rzeczywiście absolutna i ponadczasowa ikona stylu. Karl kocha czerń i uważa, że nigdy nie można mieć jej za wiele. Karl zawsze prezentuje się efektownie w perfekcyjnie skrojonym, czarnym garniturze, białej koszuli i ciemnych okularach. Jak sam przyznał, to właśnie dla tych pięknych garniturów, których autorem jest Hedi Slimane, zdecydował się przejść na dietę. Ale Karl jest ikoną stylu, nie tylko ze względu na swój świetny gust, ale przede wszystkim za swój wielki talent i geniusz. Rok temu projektant obchodził 60-leci swojej pracy twórczej. Wciąż projektuje pod egidą kilku marek, w tym Fendi, Chanel i autorskiej Karl Lagerfeld i na emeryturę się nie wybiera, bo jak sam mówi, umarł by, a to byłby koniec wszystkiego.

25
Karl Lagerfeld 

Carine Roitfeld – była szefowa francuskiego Vogue i obecna dyrektor Harper’s Bazaar. Stylistka, modelka i pisarka. W zasadzie jej cała rodzina (córka, wnuczka oraz syn i jego wybranka –  Giovanna Battaglia – kolejna ikona), jest wyjątkowo fascynująca z modowego punktu widzenia. Nie ma chyba drugiej takiej familii, no może poza Beckhamami… Carine, pomimo wielu lat spędzonych w świecie mody, i nieograniczonych możliwości, zdaje się bazować na klasycznym, sprawdzonym zestawie – ołówkowa spódnica, zazwyczaj w kolano lub krótsza, koszula zalotnie rozpięta, gołe nogi lub czarne (tylko!) rajstopy, włosy do ramion i piękna opalenizna. W swoim stylu jest bardzo “Parisienne”, nigdy nie jest przebrana i nie przesadza z makijażem czy dodatkami. Po prostu “Chic”!

Carine-Roitfeld-London-Fashion-week-SS15-GETTY
Carine Roitfeld

Grace Coddington – uwielbiam ją! Kiedyś modelka, dziś dyrektor kreatywna Vogue US. W odróżnieniu od Anny Wintour, z którą współpracuje, Grace zawsze jest jakby w cieniu. Jej ubrania są przeważnie czarne, o prostych krojach, ale zawsze najdoskonalszej proweniencji. Tylko burza rudych włosów wyróżnia ją z tłumu. Jest pomysłodawczynią licznych, niezapomnianych edytoriali i sesji zdjęciowych. Wprowadziła element artyzmu i to dzięki niej narodziła się tendencja, by fotografia modowa była czymś więcej niż tylko zdjęcia ładnych ubrań.

Grace-Coddington-007
Grace Coddington w czerni

Caroline de Maigret – na końcu lecz nie ostatnia, kolejna niemiłosiernie elegancka Francuzka. Po tym z jaką nonszalancją mówi i porusza się, można wywnioskować, że w jej żyłach płynie błękitna krew. Jej rodzina wywodzi się z francuskiej burżuazji, a sama Caroline jest wnuczką polskiego Księcia Michała Poniatowskiego. Modelka, producentka muzyczna, pisarka, ikona stylu i muza – to tylko kilka z jej licznych przymiotów. Jej ulubiony uniform stanowią proste włosy, ledwie zauważalny makijaż, jeansy lub ciemne spodnie, prosty t-shirt lub koszula i skórzana ramoneska albo luźny żakiet.b Jej naturalność stanowi o jej pięknie. Jak na arystokratkę przystało, bywa też ekscentryczna  – jak sama przyznaje jeździ skuterem po bagietki do oddalonej o kilka metrów piekarni. Więcej ciekawych anegdot na jej temat znajdziecie w książce “How to be Parisian wherever you are”, której jest współautorką.

tumblr_n6o7heyJXn1txw5szo1_1280
Caroline de Maigret

Kto rano wstaje…

W małym miasteczku, we wschodniej Polsce, odkryłam zakupowy Raj! Jak we wszystkich tego typu miasteczkach, dominują trzy typy biznesów – banki, apteki i lumpeksy. I te lumpeksy właśnie – są rewelacyjne! Co więcej, kilka z nich oferuje raz w tygodniu promocję: „Wszystko za 1 zł”. Tak, za 1 zł! Sama nie mogłam w to uwierzyć… Nigdy nie miałam nic przeciwko ubraniom z drugiej ręki, w zasadzie przez całe dzieciństwo byłam na nie skazana. Jakieś 10-15 lat temu jedynym miejscem, gdzie można był znaleźć porządne i modne ciuchy, były własnie lumpeksy. Szczególnie, jeśli komuś się nie przelewało, a chciał wyglądać dobrze. Wiele z tych ubrań, upolowanych wiele lat temu, mam i noszę do dzisiaj.

Ostatnio na przykład za całe 8 zł kupiłam trzy jedwabne bluzki, haftowany szlafrok, dwie hinduskie tuniki, szal i jedwabną sukienkę Reiss. Ubrania fantastycznej jakości, które normalnie kosztowałyby fortunę. Zdjęcia niektórych z tych zdobyczy  widoczne są poniżej. Innym razem kupiłam dość zdezelowaną bluzkę, całą wyszywaną cekinami. Mała paczuszka cekinów kosztuje 4 zł, a z bluzki wyprułam cały worek – za 1 zł.

Poza tym, opłaca się być cierpliwym. Mam szczęście, ze mój gust różni się od gustu przeciętnej matki polki. Ostatnio wypatrzyłam dwie futrzane czapy, 10 zł za sztukę. Po dwóch dniach kupiłam obie po 1 zł, no bok kto normalny kupuje futrzane czapki latem?! (ja, bo planuje skonstruować domową wersję mokasynów Gucci, stąd potrzeba futra właśnie). Fakt, i tak nie mogłam spa,c, więc przyszłam stosunkowo rano. Tłum był nieziemski, ale jak widać miejscowe „fashionistki” wiedzą, jak kupować i nie zbankrutować.

I nie chodzi tu o kupowanie, dla samej kwestii tego, że jest tanio. Chodzi bardziej o samo polowanie, dreszcz emocji. Sama kupuję sporo ubrań, ale rzadko czegokolwiek się pozbywam. Staram się inwestować w jakość i wybierać naturalne tkaniny – jedwab, bawełnę, wełnę, kaszmir, które posłużą mi na długo. Jedwab jest szczególnie fantastyczny latem i w podróży. Zajmuje bardzo mało miejsca w walizce i schnie w oka mgnieniu.

Jeśli chodzi o pranie, to piorę sama w zasadzie wszystko, może jedynie poza bardzo drogimi płaszczami i żakietami, bo te potrafią się wygnieść lub skurczyć. Nawet te z zakazem bezwzględnego prania (tak, mam kilka takich przypadków), znoszą pranie ręczne całkiem nieźle.

W Szkocji nie ma lumpeksów, są za to „charity shops”, z których dochody przekazywane są na cele charytatywne. Te w Edynburgu są fantastyczne, Szkocja to bogaty kraj i często można upolować prawdziwe cuda (np. płaszcz Chloe za 7 funtów czy szalik Burberry za 5 (pewnie kosztowałby więcej, ale nie miał metki, a mój wrodzony instynkt się nie mylił). Poza tym zawsze mamy wymówkę, ze motywacją do zakupów nie jest nasza próżność, ale dobroczynność 😉

Kolejnym, olbrzymim atutem takiego kupowania jest ekologia. W dzisiejszych czasach ubrania są coraz tańsze, a my kupujemy ich  coraz więcej, ale też coraz więcej tez wyrzucamy. Ubrania zdecydowanie straciły na jakości i stały się prawie jednorazowe. Cierpi na tym nie tylko nasza planeta, ale tez ludzie, którzy szyją te wszystkie ubrania za często nieludzkie stawki. Zamiast kupować byle jakie jakościowo ubrania z i tak strasznie drogich “sieciówek”, wybierajmy ubrania second hand. A jeśli już kupujemy coś nowego, dbajmy o jakość tkanin i ich wykończenie. Zastanówmy się, czy za rok, dwa czy pięć, to ubranie będzie nadal aktualne. Albo czy jest aż tak rewelacyjne, że musimy je mieć.

 

 

Podróże w czasie i przestrzeni

Prostownica czy sukienka? Ksiażka wypada czy zostaje, bo bagaż już się nie dopina… Odwieczne dylematy podróżującej kobiety. Czy w ogóle da się stylowo podróżować i nie zwariować? Jak przetrwać długie godziny lotu? To nie argument, że wielu biznesmanów też często podróżuje. Oni raczej rzadko korzystają z tanich linii lotniczych i nie muszą martwić się limitem bagażu. Czy w dzisiejszych czasach, kiedy zamiast pięknego kuferka z kosmetykami od Louis Vuitton, zmuszeni jesteśmy używać plastikowej torebki, można jeszcze podróżować z klasą? Gdzie podziały się czasy gdy Wallis Simpson, podróżując po Europie na początku XX wieku, miała ponoć 16 kufrów z ubraniami i wynajęty osobny wagon tylko na swoją gardrobę? Myślę o niej za każdym razem, gdy próbuję upakować walizkę do pojemnika na lotnisku, modlac się jednocześnie, żeby się zmieściła. Z racji mojej obecnej sytuacji, w pociągach i samolotach spędzam ostatnio bardzo dużo czasu. Inne formy komunikacji, takie jak samochód (30-letnie BMW, bardzo nieekonomiczne) oraz wszelkiego rodzaju mini busy (zgroza!) zdeklasowałam od razu. Do pociągu wsiadłam pierwszy raz od wielu, wielu lat i byłam bardzo zaskoczona… że nic sie nie zmieniło. Komfort podróży i uprzejmość większości konduktorów zdecydowanie pochodzi z poprzedniego ustroju.

Poniżej postanowiłam zamieścić kilka moich spostrzeżeń o tym, jak podróżować łatwiej  i jednocześnie zachować swój styl.

  1. Obcasy są wrogiem w podróży – Nigdy ich nie noszę. Już sobie wyobrażam, jak obcas utyka mi w schodkach pociągu, a ja lecę prosto na twarz… Pokusiłam się o to raz, byłam młoda i głupia i przyznaję, że musiałam wygladać dość żałośnie. Obijanie się z walizami po lotnisku, potykając sie jednocześnie o własne nogi, jest zupełnie niepraktyczne. Ale obserwuję często na lotnisku dziewczyny (głównie w lotach do Polski, nie odwrotnie) wyciągające z podręcznego obcasy i zmieniające buty zaraz po przylocie, zanim jeszcze ujrzy je rodzina. Może myślą, że to jakiś symbol prosperity i tym dodają sobie klasy. No same obcasy nie pomogą… Ale nie o tym. Odnoszę wrażenie, że my Polacy ogólnie lubimy sie pokazywać. Wychodzi z nas sarmatyzm i małomiasteczkowość, której wprost nie znoszę. Chcemy być tacy strasznie “hop do przodu” europejscy, a jednocześnie nie skrywamy niechęci dla wszystkiego, co jest choćby troszeczkę inne.
  2. Nie dla toreb i plecaków – Walizka na kółkach jest lepsza niż torba czy plecak, bo bez względu na jej wagę, można przy odrobinie wprawy udawać, że zbyt wiele nie waży. Plecaków generalnie, pomimo obecnie panującej mody, nadal nienawidzę. Uważam, że są kompletnie nie eleganckie. Ale w podróży polecam składane torby Longchamp Le Pliage, idealne na jednodniowe  wypady (i towarzyszące im nieprzewidziane zakupy). Wtedy taka rozkładana torba jest jak znalazł. Swoją kupiłam na londyńskim lotnisku właśnie z winy zakupów i od tamtej pory jest nieodłączną towarzyszką większości moich podróży.
  3. Ubranie –  W tej kwestii zawsze jest dylemat. Ma być modnie i wygodnie. Dresy zdecydowanie odpadają. Lubię płaszcze, bo można się w nie owinąć szczelnie w razie potrzeby. Przydaje się bez względu na to gdzie, i o jakiej porze roku wybieramy się w drogę. Ja zawsze wybieram miękkie materiały, (posłużą za okrycie w trakcie długiego lotu i osłonę przed chrapiącym towarzyszem albo wyjącym dzieckiem siedzącym obok) i koniecznie z dużymi kieszeniami (gdy nasz bagaż podręczny jest przeładowanuy, zawsze można coś upchać po kieszeniach, jak w filmie “Zakazane piosenki” (scena w pociągu).
  4. Mała torebka – na dokumenty, bilety, paszport, portfel i wszystkie najpotrzebniejsze drobiazgi. Najlepiej wielkości sporego portfela. Najlepiej Chanel, o ile budżet pozwala.
  5. Szal – Musi być duży, najlepiej bawełniany lub kaszmirowy (przysięgam na Hermes), bo temperatury na pokładzie samolotów zawsze są nieprzewidywalne. Jest albo za zimno, albo za gorąco, ale nigdy w sam raz. Poza tym szal przyda się na wieczorne spacery po plaży już po zachodzie słońca. Dla wielbicielek szalików Hermes wyprodukował specjalne karty: Cartes a Nouer, które pokazują 21 sposobów na zawiązanie szalika/chusty. Mi najbardziej przypadł do gustu pomysł na bluzkę, wygląda rewelacyjnie!FullSizeRender_2

 

Wiosna – ach, to Ty!

IMG_9988

Przynajmniej tak przez chwilę mi się wydawało. Nawet pokusiłam się o przemalowanie balkonu (żegnaj obrzydliwa imitacjo cegły) i kupno nowego fotela. Jednakże wiosna spłatała nam w tym roku figla i widząc, jak ten świat schodzi na psy, postanowiła z naszej pięknej ojczyzny nawiać. W zasadzie chyba solidarnie opuściła wszystkie kraje europejskie jednocześnie, od Uralu po Tamizę. Mam jednak nadzieję, że wczoraj poganie i druidzi na Calton Hill, w ramach święta Beltaine (bo przecież May Pole, to nic innego jak polski maik czy gaik) skutecznie odstraszyli zimę, i że przez najbliższe kilka miesięcy będziemy żyć w krainie wiecznego słońca. Chyba sama od przyszłego roku zacznę rozpalać na tę okoliczność ognisko, bo na ocieplenie klimatu jakoś się nie zanosi…

 

 

Czas jest po mojej stronie

W tym roku skończę 31 lat.  Kilka dni temu zaczepił mnie w sklepie, Azjata, powiedzmy Chińczyk, mniej więcej o jakąś dekadę młodszy. Zaczął zadawać dużo pytań, generalnie chciał się za mną umówić. Od razu podsumował mnie, mówiąc, że mam ok. 24 lata i pracuję w biznesie. Stwierdził, że muszę używać jakiegoś drogiego kremu. Nic bardziej mylnego. Dziękuję bardzo! I za wiek, i za biznes, i za to, że nie wyglądam na sprzedawczynię w sklepie. To był komplement. Interesujące jest to, jak bardzo to, co mamy na sobie może zmienić postrzeganie nas w oczach innych. Dziś z kolei, jako że jest to pierwszy dzień mojego bezrobocia, ubrałam się na przekór wszystkiemu najmniej atrakcyjnie, jak tylko potrafię. Swoim wyglądem prędzej przyciągnęłabym inaczej zorientowane panie niż panów (za duże jeansowe ogrodniczki, para Chelsea boots, kurtka puchowa Moncler i bawełniana czapka w której wyglądam, bez obrazy, jak po chemioterapii. Ale było zimno).

Nieważne, pointa do której zmierzam jest zupełnie inna. Nie mogę się zestarzeć, bo jeszcze nawet nie czuję, że chciałabym dorosnąć. A tego nie można przeskoczyć. Ostatnio zaczęłam się nawet zastanawiać, że to, co przyciąga M. i mnie do siebie, to jest właśnie to. Wspomnienie minionego czasu i strach przed dorosłością. Może po prostu oboje boimy się tej dorosłości i wracamy do siebie, bo jesteśmy dla siebie jedynym łącznikiem pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. “Żyjemy w pętlach, przed którymi nie uciekniemy, choćbyśmy się najbardziej starali”. Bo oboje zawsze czuliśmy, że ta druga osoba jest gdzieś tam i że zawsze będzie. Ale życie przymusza nas do podejmowania decyzji, na które nie jesteśmy do końca gotowi.

Ja, słysząc o tym, że może zaplanowalibyśmy dziecko, o mało nie zemdlałam – zamiast cieszyć się jak głupia, wyszłam i kupiłam, pierwszą od trzech lat, paczkę papierosów. Czy chodzi o to, że nie jestem gotowa w ogóle. Czy może to po prostu nie jest mój czas i miejsce…Jak to mówią: “decisions, decisions…” Moim sposobem zawsze była ucieczka. Ale nie zawsze można uciec, a w pewnych sytuacjach, nie zawsze też wypada. Czuję, że ta wiosna to będzie trudny czas.

IMG_9738.JPG
Edinburgh. Dzień ostatni.

Zaczarowane pantofelki

Kilka dni temu odezwała się do mnie koleżanka ze studiów. Pracuje od niedawna w jednym z warszawskich muzeów i poprosiła mnie o pomoc w próbie odkrycia historii pewnej pary butów.

Owe buty, dość zwyczajne, para złotego koloru szpilek, marka nieznana, nic specjalnego. Wchodzą w skład ekspozycji pewnego muzeum. Ale, jak z każdymi butami, z tymi także na pewno wiąże się jakaś historia. Nie możemy do niej dotrzeć, możemy jedynie domyślać się.

Dla porównania, z prawie każdą parą butów w mojej szafie, a trochę ich jest, wiąże się, lub na pewno kiedyś będzie jakaś historia. Podobnie jest z resztą moich ubrań. Pamiętam dokładnie gdzie i w jakich okolicznościach zostały kupione. Jedyne, co staram się wymazać z pamięci, to ich ceny…

Ale wróćmy to tych butów. No więc koleżanka powiedziała, że nie chodzi jej w zasadzie o te konkretne buty, ale o koncept złotych butów w ogóle. Co jak co, ale na butach to ja akurat się trochę znam. Niestety, w tym momencie wszystkie moje kostiumograficzne książki przemierzają właśnie w pudle kanał La Manche. Zaczęłam się więc zastanawiać.

Historia butów jest fascynująca. Jest w nich coś magicznego. Od wielu lat były symbolem statusu i pożądania. Na przykład to, że kobieta na obcasach czuje się ważniejsza i jest tak odbierana, ale przy tym sama też nabiera pewności siebie. Wszystkie kobiety na stanowiskach noszą obcasy – w myśl tej zasady. Można powiedzieć, że im wyższy obcas, tym szybsza droga do sukcesu. (no może trochę przesadziłam…)

W tym roku odwiedziłam świetną wystawę w V&A w Londynie pt. “Shoes – Pleasure and Pain”. Dużo, dużo butów…

Z obuwniczych ciekawostek interesujące jest to, że już w starożytnym Egipcie, buty były symbolem statusu. Niewolnicy nie nosili butów, było one przeznaczone dla zamożnego społeczeństwa, a co więcej, sandały w kolorze żółtym i czerwonym były zarezerwowane wyłącznie dla arystokracji.

XVII-wieczne weneckie damskie obuwie, tzw. chopines, wykonane z drewna pokrytego jedwabiem, było tak skonstruowane, że dama wychodząca na ulicę, by móc swobodnie się poruszać, potrzebowała dwóch służących, po jednym pod każde ramię 🙂 musiała więc być majętna, by móc sobie na to pozwolić.

2010EB2595_jpg_ds
Para “chopines”, Wenecja, 1600-1620,

Także król Francji, Ludwik XIV, mając tylko 165 cm, wprowadził modę na obuwie na obcasie dla mężczyzn. Co więcej, to Król Słońce, nie Christian Louboutin, był prekursorem słynnej czerwonej podeszwy, której wizerunek znany jest dziś na całym świecie.

Do ok. 1800 roku damskie i męskie obuwie nie bardzo się różniło. Dopiero w XIX wieku buty zaczęły różnić się kolorem, materiałem i wysokością obcasa. Co ciekawe, także do ok. 1818 roku oba buty, tzn prawy i lewy, były takie same i zupełnie nie różniły się kształtem. Podobno pierwsze takie buty powstały w Filadelfii.

Po II wojnie światowej wszystko się zmieniło. Światowa gospodarka nabrała tempa, moda zaczęła zmieniać się z roku na rok. W latach 50-tych XX wieku Roger Vivier zaczął swoją współpracę z domem mody Christian Dior. To właśnie Vivier ok. 1955 roku, zaprojektował dla Diora kształt damskiej tzw. szpilki – takiej, jaką w zasadzie znamy i nosimy do dziś.

2007BM6263_jpg_ds
Roger Vivier dla domu mody Christian Dior, 1952-54

Najdroższe buty w historii świata – czerwone buciki które nosiła Judy Garland w “Czarnoksiężniku z krainy Oz”, tzw. “ruby slippers”, zostały sprzedane na aukcji w 2000 roku za $660.000.

2A738A2100000578-3157528-There_is_a_1million_reward_for_information_leading_to_the_stolen-a-9_1436648077866

Dziś, jak przed wiekami, buty wciąż są symbolem statusu. Czerwone podeszwy od Louboutina znane i pożądane są na całym świecie. Nigdy nie zapomnę, kiedy pierwszy raz przymierzyłam sandałki od Jimmy Choo. Co z tego, że o rozmiar za duże. Moje nogi wyglądały, jakby nie miały końca. A jestem niższa niż Ludwik XIV.

Wracając do butów z wystawy – wyglądają na lata 70-80-te. Lata 80-te na świecie to moda na przepych. Era materializmu, chyba największego do tej pory w historii. W 1982 w USA kończy się recesja i nastaje era pieniędzy. Młodzi biznesmeni lansują się w  luksusowych autach i garniturach od Armaniego, złoty Rolex staje się symbolem statusu, a kobiety noszą poduchy na ramionach, “trwałą” na głowie i ogólnie ociekają złotem, choćby sztucznym. To też początek ery “power dressing”. To właśnie wtedy kobiety po raz pierwszy na dobre wkraczają w świat biznesu. Nawet jak nie stać je na prawdziwe złoto, wciąż chcą choćby namiastkę tego luksusu.

Wreszcie, w 1990 roku upadł mur berliński, Polska także otworzyła się na wielki świat.

Te złote buty z praskiego muzeum, to moim zdaniem trochę jak jeansy Levis w czasach PRL-u.

Złoto symbolizowało bogactwo i status. Na dobre buty mało kto mógł sobie pozwolić, a już na pewno nie na złote buty. (do dziś pamiętam buty “trumniaki”, które nosił mój kolega – zwane tak, gdyż były z farbowanej tektury i rozpadały się po pierwszym deszczu). Dobre buty to zakazany obiekt pożądania, pochodzący z kapitalistycznego zachodu. Kobieta, która je nosiła musiała kochać modę, tego jestem pewna. Złote buty nie są, a wtedy tym bardziej nie były dla każdego – tylko dla odważnych, przebojowych kobiet.

Ja sama mam w swojej szafie kilka par złotych i srebrnych butów. Teraz łatwo o wszystko, ale kiedyś w Polsce wszystko było szare i brzydkie, a najjaśniejszym dostępnym kolorem był czerwony –  z wiadomych względów. Chyba dlatego mam ich teraz tyle. Zawsze o takich marzyłam – kiedyś były po prostu nie do zdobycia…

IMG_1267.jpg