Czas jest po mojej stronie

W tym roku skończę 31 lat.  Kilka dni temu zaczepił mnie w sklepie, Azjata, powiedzmy Chińczyk, mniej więcej o jakąś dekadę młodszy. Zaczął zadawać dużo pytań, generalnie chciał się za mną umówić. Od razu podsumował mnie, mówiąc, że mam ok. 24 lata i pracuję w biznesie. Stwierdził, że muszę używać jakiegoś drogiego kremu. Nic bardziej mylnego. Dziękuję bardzo! I za wiek, i za biznes, i za to, że nie wyglądam na sprzedawczynię w sklepie. To był komplement. Interesujące jest to, jak bardzo to, co mamy na sobie może zmienić postrzeganie nas w oczach innych. Dziś z kolei, jako że jest to pierwszy dzień mojego bezrobocia, ubrałam się na przekór wszystkiemu najmniej atrakcyjnie, jak tylko potrafię. Swoim wyglądem prędzej przyciągnęłabym inaczej zorientowane panie niż panów (za duże jeansowe ogrodniczki, para Chelsea boots, kurtka puchowa Moncler i bawełniana czapka w której wyglądam, bez obrazy, jak po chemioterapii. Ale było zimno).

Nieważne, pointa do której zmierzam jest zupełnie inna. Nie mogę się zestarzeć, bo jeszcze nawet nie czuję, że chciałabym dorosnąć. A tego nie można przeskoczyć. Ostatnio zaczęłam się nawet zastanawiać, że to, co przyciąga M. i mnie do siebie, to jest właśnie to. Wspomnienie minionego czasu i strach przed dorosłością. Może po prostu oboje boimy się tej dorosłości i wracamy do siebie, bo jesteśmy dla siebie jedynym łącznikiem pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. “Żyjemy w pętlach, przed którymi nie uciekniemy, choćbyśmy się najbardziej starali”. Bo oboje zawsze czuliśmy, że ta druga osoba jest gdzieś tam i że zawsze będzie. Ale życie przymusza nas do podejmowania decyzji, na które nie jesteśmy do końca gotowi.

Ja, słysząc o tym, że może zaplanowalibyśmy dziecko, o mało nie zemdlałam – zamiast cieszyć się jak głupia, wyszłam i kupiłam, pierwszą od trzech lat, paczkę papierosów. Czy chodzi o to, że nie jestem gotowa w ogóle. Czy może to po prostu nie jest mój czas i miejsce…Jak to mówią: “decisions, decisions…” Moim sposobem zawsze była ucieczka. Ale nie zawsze można uciec, a w pewnych sytuacjach, nie zawsze też wypada. Czuję, że ta wiosna to będzie trudny czas.

IMG_9738.JPG
Edinburgh. Dzień ostatni.

Zaczarowane pantofelki

Kilka dni temu odezwała się do mnie koleżanka ze studiów. Pracuje od niedawna w jednym z warszawskich muzeów i poprosiła mnie o pomoc w próbie odkrycia historii pewnej pary butów.

Owe buty, dość zwyczajne, para złotego koloru szpilek, marka nieznana, nic specjalnego. Wchodzą w skład ekspozycji pewnego muzeum. Ale, jak z każdymi butami, z tymi także na pewno wiąże się jakaś historia. Nie możemy do niej dotrzeć, możemy jedynie domyślać się.

Dla porównania, z prawie każdą parą butów w mojej szafie, a trochę ich jest, wiąże się, lub na pewno kiedyś będzie jakaś historia. Podobnie jest z resztą moich ubrań. Pamiętam dokładnie gdzie i w jakich okolicznościach zostały kupione. Jedyne, co staram się wymazać z pamięci, to ich ceny…

Ale wróćmy to tych butów. No więc koleżanka powiedziała, że nie chodzi jej w zasadzie o te konkretne buty, ale o koncept złotych butów w ogóle. Co jak co, ale na butach to ja akurat się trochę znam. Niestety, w tym momencie wszystkie moje kostiumograficzne książki przemierzają właśnie w pudle kanał La Manche. Zaczęłam się więc zastanawiać.

Historia butów jest fascynująca. Jest w nich coś magicznego. Od wielu lat były symbolem statusu i pożądania. Na przykład to, że kobieta na obcasach czuje się ważniejsza i jest tak odbierana, ale przy tym sama też nabiera pewności siebie. Wszystkie kobiety na stanowiskach noszą obcasy – w myśl tej zasady. Można powiedzieć, że im wyższy obcas, tym szybsza droga do sukcesu. (no może trochę przesadziłam…)

W tym roku odwiedziłam świetną wystawę w V&A w Londynie pt. “Shoes – Pleasure and Pain”. Dużo, dużo butów…

Z obuwniczych ciekawostek interesujące jest to, że już w starożytnym Egipcie, buty były symbolem statusu. Niewolnicy nie nosili butów, było one przeznaczone dla zamożnego społeczeństwa, a co więcej, sandały w kolorze żółtym i czerwonym były zarezerwowane wyłącznie dla arystokracji.

XVII-wieczne weneckie damskie obuwie, tzw. chopines, wykonane z drewna pokrytego jedwabiem, było tak skonstruowane, że dama wychodząca na ulicę, by móc swobodnie się poruszać, potrzebowała dwóch służących, po jednym pod każde ramię 🙂 musiała więc być majętna, by móc sobie na to pozwolić.

2010EB2595_jpg_ds
Para “chopines”, Wenecja, 1600-1620,

Także król Francji, Ludwik XIV, mając tylko 165 cm, wprowadził modę na obuwie na obcasie dla mężczyzn. Co więcej, to Król Słońce, nie Christian Louboutin, był prekursorem słynnej czerwonej podeszwy, której wizerunek znany jest dziś na całym świecie.

Do ok. 1800 roku damskie i męskie obuwie nie bardzo się różniło. Dopiero w XIX wieku buty zaczęły różnić się kolorem, materiałem i wysokością obcasa. Co ciekawe, także do ok. 1818 roku oba buty, tzn prawy i lewy, były takie same i zupełnie nie różniły się kształtem. Podobno pierwsze takie buty powstały w Filadelfii.

Po II wojnie światowej wszystko się zmieniło. Światowa gospodarka nabrała tempa, moda zaczęła zmieniać się z roku na rok. W latach 50-tych XX wieku Roger Vivier zaczął swoją współpracę z domem mody Christian Dior. To właśnie Vivier ok. 1955 roku, zaprojektował dla Diora kształt damskiej tzw. szpilki – takiej, jaką w zasadzie znamy i nosimy do dziś.

2007BM6263_jpg_ds
Roger Vivier dla domu mody Christian Dior, 1952-54

Najdroższe buty w historii świata – czerwone buciki które nosiła Judy Garland w “Czarnoksiężniku z krainy Oz”, tzw. “ruby slippers”, zostały sprzedane na aukcji w 2000 roku za $660.000.

2A738A2100000578-3157528-There_is_a_1million_reward_for_information_leading_to_the_stolen-a-9_1436648077866

Dziś, jak przed wiekami, buty wciąż są symbolem statusu. Czerwone podeszwy od Louboutina znane i pożądane są na całym świecie. Nigdy nie zapomnę, kiedy pierwszy raz przymierzyłam sandałki od Jimmy Choo. Co z tego, że o rozmiar za duże. Moje nogi wyglądały, jakby nie miały końca. A jestem niższa niż Ludwik XIV.

Wracając do butów z wystawy – wyglądają na lata 70-80-te. Lata 80-te na świecie to moda na przepych. Era materializmu, chyba największego do tej pory w historii. W 1982 w USA kończy się recesja i nastaje era pieniędzy. Młodzi biznesmeni lansują się w  luksusowych autach i garniturach od Armaniego, złoty Rolex staje się symbolem statusu, a kobiety noszą poduchy na ramionach, “trwałą” na głowie i ogólnie ociekają złotem, choćby sztucznym. To też początek ery “power dressing”. To właśnie wtedy kobiety po raz pierwszy na dobre wkraczają w świat biznesu. Nawet jak nie stać je na prawdziwe złoto, wciąż chcą choćby namiastkę tego luksusu.

Wreszcie, w 1990 roku upadł mur berliński, Polska także otworzyła się na wielki świat.

Te złote buty z praskiego muzeum, to moim zdaniem trochę jak jeansy Levis w czasach PRL-u.

Złoto symbolizowało bogactwo i status. Na dobre buty mało kto mógł sobie pozwolić, a już na pewno nie na złote buty. (do dziś pamiętam buty “trumniaki”, które nosił mój kolega – zwane tak, gdyż były z farbowanej tektury i rozpadały się po pierwszym deszczu). Dobre buty to zakazany obiekt pożądania, pochodzący z kapitalistycznego zachodu. Kobieta, która je nosiła musiała kochać modę, tego jestem pewna. Złote buty nie są, a wtedy tym bardziej nie były dla każdego – tylko dla odważnych, przebojowych kobiet.

Ja sama mam w swojej szafie kilka par złotych i srebrnych butów. Teraz łatwo o wszystko, ale kiedyś w Polsce wszystko było szare i brzydkie, a najjaśniejszym dostępnym kolorem był czerwony –  z wiadomych względów. Chyba dlatego mam ich teraz tyle. Zawsze o takich marzyłam – kiedyś były po prostu nie do zdobycia…

IMG_1267.jpg

Trzy kolory – Czerwony

Chyba nie przez przypadek moje ulubione w tym sezonie pomadki, noszą enigmatyczne nazwy: Fatale, Aura i Farouche.

Nigdy nie była zwolenniczką szminki, głównie ze względu na swoje roztargnienie i nieustanne dążenie do perfekcji, ciągłe poprawianie pomadki w ciągu dnia wydawało mi się zbytecznym wysiłkiem. Zaprzyjaźniłam się z nią stosunkowo niedawno. W zasadzie w tym samym czasie, kiedy doszłam do wniosku, że prawdziwa dama powinna mieć w swojej kolekcji przynajmniej jedną pomadkę Chanel, po to by nonszalancko poprawiać makijaż w najmniej odpowiednich miejscach, takich jak lusterka zaparkowanych samochodów, czy sklepowe wystawy. Moim pierwszym kolorem był Fatale, głęboka czerwień o lekko brązowawym odcieniu. Kobieta fatalna – bo jakże lepiej można by jednym słowem opisać całokształt mojej osobowości. Lub jak to kiedyś pięknie określił pewien drogi mi mężczyzna – “diabeł w przebraniu”.

Drugim kolorem była bordowa, wpadająca w filet Aura. Zmienna jak kobieta lub jak pogoda w Szkocji. Zmienna jak miłość, która wybucha niespodziewanie, i równie niespodziewanie umiera. Jak ciepły wiosenny deszcz i jak niebo przed burzą. Zmienność i ciągłe stawanie się. I czerwone wino.

Trzecim kolorem jest najnowszy nabytek – Farouche. Brąz jedynie lekko wpadający w czerwień. Nie byłam do niego do końca przekonana, ale cudowny makijażysta na lotnisku Heathrow zaczarował mnie swoim wdziękiem. Przez cały wieczór bałam się wciąć cokolwiek do ust, byle tylko nie zniszczyć tej doskonałości, z którą, o dziwo, było mi całkiem do twarzy. Piękny kolor i wspomnienie przeszłej jesieni.

I oto są. Trzy kolory – Czerwony.

IMG_0802

10 Ways To Be Parisian by Caroline De Maigret

 

Fantastyczny filmik, pokazujący sposób bycia, nonszalancję i słynne “je ne sais quoi” Francuzek. Moja ulubiona to scena z telefonem i czerwone wino, bez względu na porę dnia. Poza tym też czasem jeżdżę samochodem po bułki… Chyba też jestem trochę Francuzką. A sama Caroline jest piękna. Gorąco polecam.

(dlaczego wyświetlają mi się reklamy testów ciążowych i teksty w stylu “get pregnant faster!”, czy każda kobieta po 30-te ma marzyć jedynie o założeniu rodziny?! Masakra)

Czas

“Don’t be afraid of ageing. As the saying goes, don’t be afraid of anything but fear itself.”

Ze strachem przed starzeniem zdążyłam się pogodzić chyba około 18-tych urodzin. Chodziłam cały dzień w koszulce z napisem “Young and Fabulous” i ryczałam. Doszło do mnie chyba wtedy, że czas upływa nieubłaganie. Że nie można go zatrzymać. Koszulkę mam do dzisiaj. Na szczęście wciąż pasuje, bo inaczej byłby dramat.

30-te urodziny przeszły bez echa. Może dlatego, że echa nie chciałam i wszyscy wokół mnie wiedzą, że nie znoszę urodzinowych spendów… Bo z czego tu się cieszyć? Chyba z tego, że udało nam się przetrwać jakoś kolejny rok na tym “łez padole”. Albo, że jesteśmy o rok bliżej do emerytury. Chyba, że znowu zmienią wiek emerytalny. I tak w nieskończoność…

Jeśli chodzi o fizyczność, moim zdaniem nigdy nie wyglądałam i nie czułam się lepiej. Moje dwudziestolecie, a przynajmniej pierwsza połowa, była nieustannym zmaganiem się z własnym ciałem, jego niedoskonałościami i brakiem perfekcji. Z wiekiem odpuściłam. Postawiłam na zdrowie i wywaliłam wagę z domu, żeby nie prowokowała. Już o modowych i fryzurowych faux pas nie wspominając… Platynowy blond zdecydowanie mi nie służy. Rudy też nie. Ani “pazurki”. Mam dreszcze, gdy sobie przypomnę te spodnie dzwony i adidasy, spiczaste kozaki albo buciory na koturnie. I te spodenki, o których zawsze będę twierdzić, że były spodenkami, choć chodziły opinie, że wyglądały raczej na dół stroju kąpielowego. Nie ukrywam, trochę tego było. Dobrze, że to czas sprzed ery facebooka czy innych social media i że fotografować też się nie lubię, więc nie ma zbyt wielu dowodów na to modowe średniowiecze.

Ale tak na poważnie, to nie przyjęcia urodzinowe są dla nas w życiu kamieniami milowymi, ale wydarzenia zdecydowanie mniej huczne, często przemilczane. Kilka tygodni temu oświadczyłam, że rzucam pracę, wyjeżdżam i idę na studia. Plan, który kwitł we mnie już od kilku miesięcy. Pokonałam własny strach i udowodniłam sobie, że w wieku 30 lat można zacząć wszystko od początku. No, może nie do końca go pokonałam. Strach wraca, a w zasadzie obawy, wielkie niewiadome. Nie mam planu. Ale wiem, że kawałki układanki znajdą kiedyś swoje miejsce.

“HOW TO BE PARISIAN WHEREVER YOU ARE”

IMG_1253Postanowiłam powrócić do tej książki z kilku powodów. Po pierwsze, przypomniała mi o niej koleżanka, która czytała ją niedawno i często do niej nawiązywała. Drugim powodem jest przeczytana ostatnio przeze mnie książka Garance Dore pt. “Love. Style. Life.”, która niestety absolutnie niczym mnie nie zaskoczyła. Wiem, trochę brutalne. Jedyna fajną w niej rzeczą były w niej ilustracje. Sam tekst książki z kolei, jest jakimś misz masz biografii, z magazynem o modzie i gazetką reklamową. Bardzo lubię blog Garance, ale książką byłam bardzo rozczarowana. Większość poruszanych tematów już kiedyś pojawiła się na blogu, a biorąc pod uwagę niedawna kolaborację Garance z firmą Zara, ciężko jest nie odnieść wrażenia, że książka jest mocno sponsorowana. Poza tym dużo zdjęć, które już gdzieś widzieliśmy, i bardzo mało czytania. Najfajniejszym fragmentem jest chyba ten o początkach kariery autorki jako ilustratora. Chyba najbardziej szczery i realistyczny. Przeczytałam i podałam dalej. Ale nie o tym.

“How to be Parisian wherever you are” to książka, która połknęłam w ciągu dwóch wieczorów. I wiem, że będę do niej wracać – tak jak teraz, bo jest w niej coś na każdą okazję. Postanowiłam zacząć czytać ja od nowa, tym razem powoli, delektując się każdą frazą. Nie ma nic lepszego na długie zimowe wieczory niż ulubione perfumy, lampka wina i dobra książka. Enjoy!

 

“Men I may not know, but shoes, shoes – I know.”

 

Kupiłam już w tym miesiącu za dużo par butów… Ale czuję, że moje życie nie byłoby kompletne bez pary musztardowych, zamszowych czółenek od Manolo… I jeszcze te kremowe, satynowe z klamerką.. Takie właśnie dokładnie jak miała Carrie… W razie gdybym jednak kiedyś planowała wyjść za mąż. Albo tak po prostu, Cinderella shoes! Na każdą okazję, na przekór wszystkiemu! No i “Andrew boots” od Isabel Marant, czarne, bo przecież takie praktyczne, wszystkie francuskie edytorki Vogue mają parę w swojej szafie, założę się… Będę je nosić codziennie, do końca życia. Obiecuję!

IMG_9186